9. Jak Jeżyk i Borsuczek robili borówkowe powidła

Jeżyk dopiero zabierał się do śniadania, kiedy ktoś mocno zapukał do drzwi. Był to Borsuczek, trzymał w łapkach dwa duże plecione koszyki.

– Co się stało, że tak wcześnie wstałeś? Dzisiaj wolny dzień, a wiem, że lubisz się wysypiać. – zapytał Jeżyk.

– Mama mnie zbudziła rano – odparł, ziewając Borsuczek – powiedziała, że już w lesie jest dużo borówek, a ona chce zrobić powidła na zimę. Powidła Mamy to pycha – dodał jeszcze.

– Ale gdzie pójdziemy? – zapytał, kończąc zajadać śniadanie Jeżyk. – Wydaje mi się, że do tego potrzeba bardzo dużo borówek. Chodźmy tam w głąb lasu, gdzie są sosny.

Wkrótce stąpali już po szeleszczącym dywanie z igliwia. Było tutaj ciemno i rzadko odwiedzali to miejsce. Troszkę bali się panującej tu ciszy i cienia, które rzucały szeregi wysokich pni. Po chwili dotarli już do gęstych zarośli. Były to borówkowe krzaczki, rosnące pod drzewami.

– Ojej, jakie dobre i ogromne są tutaj te borówki! – wołał Borsuczek i co chwilę pakował jedną borówkę za drugą, niestety nie do koszyczka, ale do własnego pyszczka.

– Strasznie dużo roboty z tymi borówkami – narzekał Jeżyk, obierając granatowe owocki z krzaczków.– Każdą trzeba wziąć w łapki, zerwać i wrzucić do koszyczka. A do tego każda sprytnie chowa się pod listkiem.

Tak zbierając, posuwali się powoli w głąb lasu. Borówek jednak nie przybywało wiele. Szczególnie łakomy Borsuczek więcej ich zjadał, niż ładował do koszyczka.

W pewnej chwili zwierzątka usłyszały znajome już – puk, puk, puk! Dobiegało z wysokiej starej sosny.

– To Dzięcioł, nasz przyjaciel – zawołał Jeżyk. – To on nam doradził, żeby udać się do Starej Sowy, kiedy mieliśmy robić atrament. Dzień dobry Panie Dzięciole! Dzień dobry!

– A to Jeżyk z Borsuczkiem! – Odezwał się Dzięcioł, który od razu ich poznał. – Widzę, że wybraliście się na borówki. To dobre miejsce, ludzie tu rzadko przychodzą. Uważajcie tylko na wilczą jagodę i czworolist. – Zakończył stukając z powrotem w drzewo.

– Co to jest czworolist? – zapytali jednocześnie Jeżyk i Borsuczek, zadzierając łebki do góry – o wilczej jagodzie to wiemy, uczyliśmy się w szkole.

– To takie trujące ziele, jego owoce są zupełnie podobne do borówek. Można je jednak łatwo rozpoznać, bo czworolist ma zupełnie inne liście. Są duże i rosną zawsze po cztery razem na łodyżce. Dlatego ta roślina tak się właśnie nazywa.

– Na pewno będziemy uważać – rzekł Jeżyk – ale teraz wracajmy do domu Borsuczku, bo robi się późno.

Gdy Mama Borsukowa zobaczyła, ile przynieśli borówek, pokiwała tylko głowową bardzo niezadowolona.

– Chyba więcej przynieśliście w brzuszkach niż w koszykach. Z tego nawet nie warto robić powideł – rzekła.

Borsuczek nic nie odpowiedział, tylko spuścił głowę, bo mu było wstyd, a Jeżyk bąknął nieśmiało:

– Bo te borówki są za dobre i bardzo trudne do zbierania, ale myśmy się naprawdę starali, tylko nam nie wyszło.

– No dobrze, już dobrze – zamruczała Mama Borsukowa – może jutro zbieranie pójdzie wam lepiej. – I dała im zebrane borówki do zjedzenia.

Kiedy Jeżyk wrócił do domu, zastał Starszego Zajączka, który pomagał mu pielęgnować ogródek. Przy okazji Zajączek zajadał się sałatą, której Jeżyk jak wiadomo nie lubił.

– Skąd masz borówki? – zapytał Zajączek na widok koszyka.

– Zbieraliśmy z Borsuczkiem, miały być na powidła, ale się nie udało. To strasznie trudno Zajączku zbierać takie małe jagódki – opowiadał Jeżyk.

– A wiesz… – przypomniał sobie Zajączek. – Widziałem, że jak chłopcy szli do lasu na borówki, to mieli ze sobą takie małe grabki. Oni chyba wygarniają nimi jagody z krzaczków. Może by zrobić takie same?

– Świetnie! – zawołał Jeżyk – mam tu drewienko i patyki. Zrobimy w drewienku otwory, wetkniemy w nie patyki i będzie doskonale.

To mówiąc, Jeżyk zabrał się do roboty i niedługo grabki do borówek były gotowe. Rano, gdy przyszedł Borsuczek, zaraz pokazał mu swoje dzieło.

– O, to może nam naprawdę się przydać – zawołał przyjaciel.– Chodźmy prędko do lasu, sprawdzimy te grabki. Myślę, że dzisiaj na pewno nazbieramy tyle borówek, ile Mama potrzebuje.

Rzeczywiście, zbieranie było teraz o wiele łatwiejsze. Jeżyk i Borsuczek pracowali pilnie i już w południe ich koszyki były pełne.

– Dzisiaj Mama nas pochwali – cieszył się Borsuczek, gdy wracali już do domu. – Zobaczysz, że zrobi pyszne powidła. – I aż pogłaskał się po brzuszku.

Rzeczywiście Mama Borsukowa tym razem bardzo ucieszyła się, gdy zobaczyła koszyki pełniutkie borówek.

– No, dzisiaj jesteście prawdziwe zuchy! – zawołała, biorąc je w łapki. – Zaraz będziemy robić powidła. Poczekajcie!

Wrzuciła prędziutko borówki do wielkiego garnka, dolała sporo miodu, a w piecyku rozpaliła wielki ogień. Powidła bulgotały i bulgotały. Gotowały się i gotowały bez końca. Mama Borsukowa mieszała je ciągle wielką łyżką.

Jeżyk i Borsuczek siedzieli bliziutko pieca i węszyli smakowity zapach. W końcu powidła były gotowe. Jeszcze chwilę musiały ostygnąć i oto wreszcie mogli ich popróbować

– Doskonałe – pomrukiwał Borsuczek – lepsze niż tamtego roczne i o wiele lepsze niż surowe borówki. Warto było się namęczyć przy zbieraniu.

– I jakie słodkie – oblizywał się Jeżyk. – Doprawdy nie wiem, czy nie są jeszcze lepsze od miodu, który nam wtedy dały pszczoły.

Tym czasem Mama Borsukowa ustawiła rzędem koło pieca garnuszki i bardzo starannie nakładała do każdego wielką łyżką powidła. Potem zamykała każdy garnuszek drewnianą pokrywką. Borsuczek pomagał zanosić garnuszki do spiżarni. Kiedy już zostały tylko dwa największe, Mama Borsukowa zwróciła się do Jeżyka:

– Masz Jeżyku – powiedziała – to dla ciebie, pomogłeś nam w zbieraniu, więc te powidła są twoje. Przydadzą ci się na pewno w czasie najbliższej zimy. Myślę, że twoja spiżarnia jeszcze pusta.

– Dziękuję – ucieszył się Jeżyk – ale ja naprawdę niewiele pomogłem, a tych powideł tak dużo. A w mojej spiżarni to właściwie poza plastrem miodu nic nie mam.

– O to trzeba by trochę się o to zatroszczyć – rzekła Mama Borsukowa. Wprawdzie dopiero zaczyna się lato, ale można by już odłożyć trochę suszonych poziomek, lipowego kwiatu. Niedługo także pokażą się grzyby. A czy ty masz przygotowane koszyczki i garnuszki na zimowe zapasy?

– Nie mam – wyszeptał trochę markotnie Jeżyk.– Tak prawdę mówiąc, to nie bardzo dotąd o tym myślałem.

– Na razie pożyczę ci te garnuszki, w których dostałeś powidła, a na lekcji opowiem wam, jak się robi wiklinowe koszyczki i gliniane garnuszki. Może się to przydać i innym zwierzątkom, które robią zapasy na zimę.

– To mówiąc Mama Borsukowa pomogła załadować oba garnki powideł Jeżykowi, który ruszył w stronę domu.

Po drodze przypomniał sobie ostatnią rozmowę z Wiewiórką, kiedy to poznali Chomiczka.

– Ona wcale nie ma powideł – pomyślał – a z tego, co wtedy mówiła wydaje się, że miałaby na nie wielką ochotę. Wstąpię do niej i dam jej jeden garnuszek. Na pewno się zdziwi i ucieszy.

Skręcił na ścieżkę prowadzącą pod wysoką sosnę i wkrótce stanął pod mieszkaniem Wiewiórki.

– Hej Wiewiórko! Wyjrzyj tylko. To ja Jeżyk, coś tu mam dla ciebie – zawołał.

Wiewiórka chyba już zasypiała, bo długo trwało zanim wychyliła główkę z dziupli. Gdy jednak ujrzała garnuszki, zaraz zbiegła w dół.

– Co to takiego, skąd to masz? – dziwiła się, bardzo zaciekawiona.

– To powidła, jeden garnuszek dla ciebie. Dostałem je od Mamy Borsukowej. Pomagałem zbierać borówki na powidła – powiedział z dumą Jeżyk.

– Ach naprawdę? – ucieszyła się. – Dziękuję ci bardzo – i prędko pobiegła z podarunkiem do swego mieszkania.

A Jeżyk wrócił do domu i ustawił swój jedyny garnuszek powideł na najwyższej półce. Bardzo był zadowolony, że są one zrobione z borówek, które uzbierali wspólnie on i Borsuczek.