15. Jak Jeżyk z Borsuczkiem zbudowali sanki i jak Jeżyk wpadł do jeziora

Zima niespodziewanie wkroczyła do lasu. Pewnego dnia wieczorem zrobiło się bardzo chłodno i padał drobny dokuczliwy deszczyk. Jeżyk siedząc przy ciepłym palenisku, ciągle dorzucał do niego suchych patyczków i nadsłuchiwał, jak na polance harcuje wiatr, który z szumem naginał gałęzie, strącał ostatnie już liście i poszarpywał konarami drzew. Deszcz bębnił monotonnie na szybce okiennej. Jeżyk cieszył się bardzo, że ma tak zaciszne i ciepłe mieszkanko. Wreszcie znużony zakopał się głęboko w swoje nowe legowisko i zasnął.

Kiedy rankiem się obudził, zdziwiła go dziwna cisza panująca w lesie i niezwykły blask, który przedostawał się z zewnątrz, mimo że nie było widać promieni słońca.

Jeżyk otworzył drzwi, wyjrzał na dwór i zdumiał się niezmiernie. Wszędzie dookoła, na całej polance bieliła się gruba warstwa śniegu. Drobne płatki wirując w powietrzu, opadały cicho z szarego, zachmurzonego nieba. Pokryły już grubą kołdrą ścieżkę, która prawie nie była widoczna, a małe świerczki na skraju polanki nosiły wielkie śniegowe czapy. W ogródku pod śniegiem znikły zupełnie krzewy malin, borówek i poziomek. Nie słychać było głosów ptaków, a na śniegu nie było widać żadnych śladów.

– Przyszła więc zima – pomyślał Jeżyk, któremu przypomniały się ubiegłoroczne ciężkie chwile.– To już prawie rok jak mieszkam sam na polance. Jak to dobrze, że wraz z przyjaciółmi przygotowaliśmy nasze norki i zapasy na mrozy i zawieruchy.

Na polance było bardzo zimno. Jeżyk prędko zamknął drzwi, aby cenne ciepło nie uciekło z jego mieszkania, zakopał się ponownie pod kołderkę i zasnął. Zdawało mu się, że spał bardzo krótko, ale gdy zbudziło do dobijanie do drzwi, słońce stało już wysoko.

– Ale chrapałeś! – zawołał Borsuczek okutany w ciepły spencerek, stając na progu. – Pukam i pukam. Już myślałem, że ty tak zasypiasz mocno w zimie jak Misio, czy nasz przyjaciel Chomiczek i miałem wrócić do domu. Wyjrzyj no z domu i zobacz, przyszła wreszcie zima.

– Już widziałem – powiedział ziewając mocno Jeżyk – rankiem, kiedy jeszcze było ciemno i zimno popatrzyłem na śnieg i zasnąłem z powrotem.

– Pewnie ze strachu – zaśmiał się Borsuczek – teraz mróz zelżał i słoneczko wygląda z za chmur. Chodź pobiegamy po śniegu i poślizgamy się po lodzie.

Jeżyk nie kazał sobie dwa razy powtarzać. Prędko ubrał się w ciepły podbity puchem kubraczek, dar Mamy Borsukowej i ruszył na lód. Tym razem lód na kałużach nie trzeszczał, był mocny i zaraz obaj leżeli na plecach, zjeżdżając ze wzgórka. Po kilku próbach mieli mocno poobijane boki, a Borsuczek rozcierał rozbity nos.

– E, to na nic – powiedział – ten lód jest stanowczo za twardy, a tarzając się po śniegu, przemoczymy kubraczki. Wiesz co spróbujmy zrobić coś takiego, co widziałem raz we wsi u chłopaków, to są sanki. Dwie szerokie deseczki, a na nich poprzecznie coś do siedzenia. Chyba masz jeszcze deseczki, które zostawił Dziadek Bóbr, no te, z których robił mebelki.

– Szkoda, że on śpi w zimie, na pewno by nam pomógł, czy sami sobie poradzimy?

– Spróbujemy – odparł Borsuczek – najpierw znajdźmy deseczki, a później będziemy się martwić.

Deseczki stały poukładane porządnie pod ścianą, tak jak je Dziadek Bóbr zostawił, a prawdę mówiąc, Jeżyk zupełnie o nich zapomniał i teraz bardzo się ucieszył. Wkrótce kuchenka zamieniła się w prawdziwy warsztat. Borsuczek, sapiąc z wysiłku wyrównywał dwie najszersze i najgrubsze deseczki i próbował je zaostrzyć z jednego końca. Jeżyk wiązał pozostałe listewki i po długich wysiłkach zrobił coś w rodzaju krzesełka, które razem zamocowali na dwóch grubych deseczkach.

– No dobrze – powiedział wreszcie, ocierając pot z czoła Borsuczek – spróbujmy czy to coś będzie się zsuwać z pagórka, czy się w ogóle nie rozleci.

Wyszli więc z domku, wyciągnęli swoje dzieło na pagórek, ale kiedy chcieli usiąść, zobaczyli, że miejsca starczy tylko dla jednego z nich! Jeżyk zrobił bowiem siedzenie podobne do jednego krzesełka, zapomniał je przykryć deseczkami i była to tylko sama ramka.

 – Ale z ciebie niezdara! – złościł się Borsuczek, gdy zawstydzony Jeżyk stał przed nim z nieco głupią miną. – Przecież to miały być sanki dla nas obydwóch. Trzeba to przerobić.

– Najpierw spróbujmy czy jeżdżą – zaproponował nieśmiało Jeżyk – a nuż całe się rozlecą?

Sanki jednak wytrzymały próbę i kierowane przez Jeżyka zjechały zupełnie dobrze z pagórka.

– Udało się! – wykrzyknął radośnie Borsuczek, któremu zaraz przeszedł zły humor. – Chodź, przedłużymy tylko to siedzenie.

– A wiesz co? Zamiast deseczki damy tutaj moją starą kołderkę, rozepniemy ja na ramce i wtedy nie będzie nas tak trzęsło na nierównościach pagórka – podsunął Jeżyk.

Obaj przyjaciele pracowali prawie do wieczora nad ulepszaniem sanek. Przywiązali jeszcze z przodu mocny sznurek, a następnego dnia bez przerwy próbowali swych nowych sanek na wszystkich okolicznych pagórkach.

Śniegu było wciąż bardzo dużo, zima królowała w lesie. Gęsty śnieg padał prawie codziennie tak, że teraz zwierzątka rzadziej wychodziły ze swoich norek. W południe pokazywało się wprawdzie na chwilę blade słoneczko, ale później z zachmurzonego nieba znowu sypały gęste płatki i wiatr szumiał w koronach drzew. W nocy przychodził trzaskający mróz, którego wszyscy bali się najbardziej.

Jeżyk przez całe dnie nie wychodził ze swego mieszkanka w starym dębie. Borsuczek prawie go nie odwiedzał, a Wiewiórki spały mocnym snem w swej dziupli. Także i ich przyjaciel Chomiczek zaszył się na całą zimę w swym wygodnym i ciepłym mieszkaniu. Raz tylko przykicał na polankę Mały Zajączek. Wyglądał na bardzo zabiedzonego i Jeżyk, który częstował go, czym tylko mógł, chciał go nawet zatrzymać na dłużej, ale Mały Zajączek spieszył się do rodziny.

– Wpadłem tak tylko na chwilkę – tłumaczył grzejąc łapki. – U nas wielka bieda, my zające nie bardzo umiemy robić zapasy na zimę i chyba trudno chować świeże jarzyny. Teraz na polach leży bardzo gruby śnieg i trzeba się dobrze napracować, żeby coś spod śniegu wydostać. Znaleźliśmy trochę siana w kotlince i jeszcze zostało na polach nieco kapusty, której nie zebrano, bo zniszczyły ją gąsienice, no i tak jakoś przetrzymamy tą zimę.

– Wpadnij do mnie, kiedy tylko będziesz chciał! – zapraszał serdecznie Jeżyk. Pamiętał, że Mama Zającowa też mu chętnie pomagała.

– Dobrze, a na razie cześć! – zawołał Mały Zajączek i pokicał szybko ścieżką w stronę pól.

Następnego dnia mróz jednak nieco zelżał i zaraz koło południa przyczłapał Borsuczek, ciągnąc za sobą sanki.

– Wiesz co – powiedział po powitaniu, – znudziły mi się już te zjazdy z malutkich pagórków tu blisko, dłużej się sanki ciągnie niż się na nich zjeżdża. Mam pomysł, chodźmy w stronę jeziora tam z jednej strony jest takie duże wzniesienie, zobaczysz, jaka będzie pyszna jazda!

– Ale to daleko – odparł Jeżyk – a na drodze wszędzie leży śnieg.

– Nic nie szkodzi – upierał się Borsuczek – będziemy trochę jechać sankami, raz ty mnie pociągniesz, a raz ja ciebie.

– No dobrze – zgodził się wreszcie Jeżyk i ruszyli w drogę.

Nie była ona jednak najlepsza i prowadziła trochę pod górę tak, że przeważnie ciągnęli swoje sanki, człapiąc w głębokim śniegu. Wreszcie przed nimi ukazało się jeziorko. Było prawie całe zmarznięte, tylko w jego środkowej części lód był ciemny, co świadczyło, że tam jego warstwa jest jeszcze niezbyt gruba. Szybko znaleźli wysoki pagórek, o którym mówił Borsuczek i zaczęła się prawdziwa jazda. Najpierw każdy z nich zjeżdżał sam, a drugi mierzył jak daleko dojechały sanki. Był to pomysł Borsuczka, on to wymyślił takie zawody. Sanki zjeżdżając z góry, zatrzymywały się prawie przy samym brzegu jeziorka, a parę razy wjechały nawet na lód, a wtedy trudno było zahamować. Jeżyk bał się trochę takiej ryzykownej jazdy, ale Borsuczek nie dawał się przekonać.

– Nic nam się nie stanie, popatrz tu przy brzegu i tak jest płytko, a lód po tylu dniach na pewno stał się już gruby i na pewno wytrzyma.

– Ale popatrz – oponował Jeżyk – dalej lód jest ciemny i tam na pewno jest bardzo głęboko.

– Co tam! Boisz się zupełnie jak Zajączki – śmiał się Borsuczek, a teraz pojedziemy razem i zobaczymy jak daleko nam się uda, to już ostatni raz, bo późno.

To mówiąc, Borsuczek razem z Jeżykiem wyciągnęli sanki na sam szczyt pagórka. Borsuczek rozpędził je, wskoczył i ruszyli w dół. Sanki obciążone podwójnym ciężarem sunęły z ogromną prędkością. Wpadły na lodową taflę i mimo, że obaj usilnie hamowali nóżkami, niewiele to pomogło. Na gładkim lodzie ich prędkość nie zmalała i sanki szybko oddalały się od brzegu, i nagle! Trach! Rozległ się trzask pękającego lodu, w którym ukazała się czarna szczelina. Sanki przewróciły się i Jeżyk z pluskiem wpadł do lodowatej wody. Na szczęście trzymał łapkami sznurek przywiązany do sanek. Przerażony Borsuczek chwycił się ich kurczowo i bał się po prostu poruszyć. Jeżyk piszczał żałośnie, usiłując utrzymać się na powierzchni wody. Sytuacja była groźna! Na szczęście Borsuczek oprzytomniał i nie wypuścił sanek. Powolutku cofając się, zaczął przesuwać się w kierunku brzegu jeziora. Lód ciągle trzeszczał ostrzegawczo. Wreszcie Borsuczek stanął na łapki i oparty o sanki zaczął ciągnąć za sznurek. Z ogromnym wysiłkiem udało mu się wyciągnąć Jeżyka z wody. Bardzo ostrożnie przeszli teraz po lodzie i stanęli na brzegu. Jeżyk ociekał wodą, szczękał zimna ząbkami i jeszcze teraz cały dygotał ze strachu.

– Prędko siadaj na sanki – komenderował Borsuczek, który nie stracił głowy i pewnie zrozumiał, że to przez jego nieostrożność przydarzyła im się tak straszna przygoda. – Siadaj, popędzimy jak najszybciej do domu, bo możesz strasznie zachorować, jest przecież silny mróz!

– Ja już, już chyba jestem chory, a może i utopiony! – lamentował Jeżyk, nie przestając dzwonić ząbkami.

– Nie pleć głupstw – strofował go Borsuczek – całe szczęście, że dróżka do domu prowadzi w dół, będę mógł cię szybko pociągnąć – i to mówiąc, puścił się pędem wlokąc sanki z ociekającym wodą Jeżykiem.

Na szczęście w domu było ciepło, Jeżyk zrzucił mokre ubranko i szybko zakopał się w legowisku. Nadal jednak było mu zimno i cały dygotał. Wkrótce zaczął kaszleć czuł, że całe ciało ma rozpalone, bolało go gardło uszy i głowa.

Wkrótce ktoś zapukał do domku Jeżyka. To przerażony i pełen poczucia winy Borsuczek sprowadził swą Mamę na ratunek. Pani Borsukowa, chociaż bardzo zaspana i niezbyt zadowolona, że wyciągnięto ją z ciepłego legowiska przystąpiła energicznie do ratowania małego pacjenta. Nacierała go różnymi maściami zrobionymi z leśnych ziół, dawała gorące kompresy. Jeżyk pocił się ogromnie, ale po paru godzinach tych starań, najgorsze minęło i chory zapadł w pokrzepiający sen.

Kiedy obudził się, było już południe następnego dnia. Mama Borsukowa zmęczona, drzemała na krzesełku naprzeciw legowiska, a Borsuczek pilnował czegoś w garnuszku na palenisku. Gdy zobaczył, że Jeżyk nie śpi, podszedł szybko do niego. Minę miał bardzo zmartwioną.

– Jak się czujesz? – zapytał z troską w głosie – czy trochę lepiej?

– Tak – odrzekł Jeżyk – chyba nie mam gorączki, ale wszystko mi się dookoła kręci i wcale nie mam siły.

– Leż spokojnie – upomniał do Borsuczek – a wiesz, chciałem cię przeprosić, to przez moją nieostrożność i głupotę to wszystko się stało.

– Dobrze, że tak się to skończyło – wtrąciła przebudzona mama Borsukowa – ale macie nauczkę na przyszłość, z lodem zawsze należy być ostrożnym, zwłaszcza, gdy pokrywa on głębokie jezioro. Chyba już mogę iść do domu – dorzuciła. – Borsuczek zostanie z tobą i będzie cię pielęgnować. Ja idę spać, dobranoc! – to mówiąc, poczłapała do drzwi.

– Dziękuję bardzo! – zdążył jeszcze zawołać Jeżyk, zanim mama Borsukowa zniknęła.

Jeżyk długo jeszcze chorował. Był bardzo osłabiony i każdy krok, jaki robił w domu, powodował zawroty głowy, tak, że musiał wracać do legowiska. Dopiero po wielu dniach wyszedł przed swój domek i wygrzewał się przez chwilę w zimowym słońcu. Nigdy jednak nie zapomniał o swej przygodzie, kiedy to przez nieostrożność, o mało nie utonął w jeziorze.