10. Jak Jeżyk zbudował łódkę

Tego dnia w lesie panował skwar. Była już pełnia lata. Jeżyk siedział przed domkiem i ciężko dyszał. Na ścieżce ukazał się Borsuczek. I on wydawał się zmęczony upałem.

– Ale gorąco, prawda? – powiedział, sapiąc i rozłożył się z lubością w cieniu starego dębu

– Tyle już dni nie było w lesie deszczu – odparł Jeżyk. – Popatrz, niektóre drzewka mają już zupełnie wiotkie, zemdlałe liście. Rano nawet nie ma rosy na trawie.

– Jak by to było dobrze popływać łódką na jeziorze – odezwał się niespodziewanie Borsuczek.

– Skąd by tu wziąć łódkę? – zastanawiał się Jeżyk. – Wiesz, chodźmy nad jezioro, tam nad wodą zawsze jest chłodniej niż tutaj.

I pomaszerowali przez duszny i nagrzany las, gdzie nawet nie drgał najmniejszy listek. Gdy doszli nad jezioro, okazało się, że rzeczywiście jest tu o wiele przyjemniej. Od strony wody wiał lekki wiaterek, trzciny poruszały się z szelestem. Słychać było monotonne kumkanie żab.

– Popatrz, co się tutaj stało – zawołał nagle idący przodem Borsuczek – jedna ze starych brzóz zwaliła się na brzegu. Chodźmy obejrzeć ją z bliska!

– O, a w środku jest cała wypróchniała – powiedział Jeżyk, oglądając pień. – To na pewno dlatego właśnie wiatr ją zwalił.

– Wiesz Jeżyku, może byśmy zrobili z niej łódkę? – rzekł nagle Borsuczek.

– Spróbujemy, doskonale to wymyśliłeś. Wydłubiemy tylko tą spróchniałą część, bo z zewnątrz drewno jest zdrowe i twarde. Będzie świetnie trzymać się na wodzie. – podchwycił z zapałem Jeżyk.

– Trzeba chyba jednak przeciąć ten cały pień wzdłuż, a później dopiero wydłubać spróchniały środek – zastanawiał się Borsuczek. – Wiesz, chyba sami nie potrafimy tego zrobić. Trzeba by może poprosić o pomoc Dziadka Bobra, on by tu poradził.

Kiedy tak rozmawiali, ujrzeli biegnącą z daleka po drzewach Wiewiórkę. Skakała z jednej gałęzi na drugą i w chwilę później była już przy nich na ziemi.

– Widziałam was z daleka, kiedy szliście w stronę jeziorka. Gorąco dzisiaj, prawda? Co tu znaleźliście? – trajkotała, jak zwykle.

– Chcemy zrobić łódkę z tego zwalonego pnia, ale musiałby nam pomóc Dziadek Bóbr. Sami tego pnia nie przetniemy – rzekł Borsuczek, wskazując na leżące drzewo.

– Pobiegnę po niego – zaproponowała Wiewiórka, która nigdy nie mogła usiedzieć w jednym miejscu.– Dziadek Bóbr mnie bardzo lubi i chętnie przyjdzie nam pomóc – to mówiąc skoczyła na sosnę i za chwilę znikła w gęstwinie.

Nie czekali długo. Wkrótce usłyszeli człapiące kroki i Dziadek Bóbr stanął przed nimi.

– Dzień dobry! – powiedział – słyszałem, że macie kłopoty, o co to takiego chodzi? Acha, przeciąć ten pień, proszę bardzo. – I zaraz przystąpił do pracy.

Po chwili pień był przecięty. Bóbr przygotował jeszcze parę deseczek, a następnie stanął na przednich łapach, pogładził wąsa i powiedział:

– No smyki, dosyć! Nie mam więcej czasu. Teraz sami musicie sobie radzić dalej, myślę, że potraficie, jeśli chcecie mieć tą łódkę – i Bóbr pomaszerował ścieżką z powrotem w stronę swojego domostwa.

Zwierzątka zabrały się pilnie do pracy. Z przeciętej przez Bobra połowy pnia wydłubały zbutwiały środek. Okazało się przy tym, że bliżej cieńszego końca całe drewno było już zdrowe. Tą właśnie część zwierzątka ładnie zaostrzyły tak, że powstał wygięty do góry dziób łódki. Z drugiej strony trzeba było dopasować jedną z deseczek i zamknąć w ten sposób wydrążoną część pnia.

Łódeczka była prawie gotowa. Teraz wszyscy troje oddzierali z zewnątrz korę, spod której wyłoniło się piękne białe drewno brzozowe.

Po zakończeniu tej ciężkiej pracy, której nawet Wiewiórka nie przerwała ani na chwilę, prawie ostatkiem sił zepchnęli łódkę do wody.

Plusk! Łódka zanurzyła się, zachybotała i już kołysała się spokojnie na wodzie, tuż przy brzegu.

– Koniec, nareszcie mamy łódkę! – krzyknął z zadowoleniem Jeżyk.

– Właśnie, że wcale nie koniec – zaoponowała Wiewiórka. – Trzeba jeszcze zrobić ławeczki. Na czym będziemy siedzieć w łódce?

– A jak będziemy się poruszać na wodzie? – zapytał Borsuczek – przecież nie będziemy wiosłować łapkami jak żaby!

– Pewnie, że nie, zrobimy zaraz wiosła – odpowiedział Jeżyk. – Utnijcie jeszcze dwie mocne gałęzie, a ja do nich przymocuję te deseczki.

Za chwilę dwa zgrabne wiosła były już gotowe. W tym czasie Wiewiórka z pomocą Borsuczka zamocowała na środku łódki wygodne ławeczki.

– Jeszcze trzeba jej nadać nazwę – powiedziała stanowczo. – Łódka powinna się jakoś nazywać.

– Ale jak ją nazwiemy? – zastanawiał się Borsuczek – może „Szybka”, bo pewnie będzie szybka. Jak myślisz Jeżyku?

– Będzie szybka, gdy będziemy mocno wiosłować, spróbujmy najpierw wsiąść do niej.

Uzbrojeni we wiosła Jeżyk i Borsuczek zgrabnie wskoczyli do łódki, która jednak mocno się zachybotała. Przerażeni przycupnęli obaj na dnie i dopiero, gdy łódka się uspokoiła, usiedli na ławeczkach.

– Już wiem – zawołała Wiewiórka, dopiero teraz wdrapując się do łódki – już wiem, nasza łódeczka będzie się nazywała „Chybotka”.

– Żeby się tylko nie nazywała „Wywrotka” – pisnął ciągle jeszcze przerażony Borsuczek. – Ojej, naprawdę ją tak nazwiemy, gdy będziesz tak dalej po niej skakać Wiewiórko – narzekał.

– Siadaj wreszcie na ławeczce, a my spróbujemy powiosłować – zakomenderował Jeżyk.

Wiosłowanie wcale jednak nie okazało się łatwe. Jeżyk i Borsuczek machali z całych sił wiosłami, ale robili tylko ogromnie dużo plusku i zachlapali się porządnie. Łódeczka albo kręciła się w koło, albo płynęła trochę w przód, a trochę w tył, ale nigdy tam, gdzie chcieli. Wreszcie Jeżyk powiedział:

– To do niczego. Nie umiemy wiosłować i koniec.

– Kwa, kwa! – pewnie, że nie umiecie – rozległ się nagle trzcinach głos i wychynęła stamtąd Dzika Kaczka. Słysząc pluski i hałas na wodzie, przypłynęła z drugiego końca jeziorka i pilnie obserwowała próżne wysiłki obu przyjaciół.

– Czy nie macie nóg do wiosłowania – zapytała, podpływając – takich porządnych nóg z błoną między palcami jak ja?

– Niestety – odparł Borsuczek. – Mamy tylko łapki z pazurkami i dlatego zrobiliśmy sobie te wiosła.

– To trzeba nimi wiosłować jak łapami – powiedziała Dzika Kaczka – O popatrzcie, jak chcę się odepchnąć do przodu to rozkładam palce i uderzam łapą do tyłu, a później składam palce i cofam łapę – o tak – i energicznie powiosłowała łapami.

– Już wiem – zawołał Jeżyk – trzeba uderzać wiosłem w jednym kierunku, a potem wiosło wyjąć z wody, cofnąć i znowu – czy dobrze?

– No właśnie – kwaknęła Dzika Kaczka – tyko musicie to obaj robić jednocześnie, jeśli chcecie, by wasza łódka płynęła prosto.

– Spróbujemy – siadaj Wiewiórko z tyłu i patrz czy płyniemy dobrze. Ja będę wiosłować z lewej, a Borsuczek z prawej strony. Będziesz mówiła, który z nas ma wiosłować mocniej, gdy łódka zacznie skręcać.

Zajęli miejsca i ruszyli. Tym razem poszło prawie dobrze i łódeczka popłynęła raźnie na środek jeziora. Zdumione żaby zeskakiwały z płaskich talerzy grzybienia, gdzie się opalały, do wody. W gorącym powietrzu nisko szybowały ważki i świtezianki o granatowych skrzydłach.

– O jak przyjemnie! – zawołał Borsuczek – Jak ten wietrzyk mile chłodzi. Wcale nie czuje się upału, prawda?

– Bardzo dobrze, że zrobiliśmy tą łódkę – odparł Jeżyk.– Będziemy mogli w każdy upalny dzień pływać sobie po jeziorze.

I tak Jeżyk, Borsuczek i Wiewiórka z pomocą Dziadka Bobra zrobili sobie łódeczkę. Była to ich własna łódeczka, którą mogli wypłynąć na sam środek leśnego jeziora, kiedy tylko mieli ochotę.