Menu
  • Link do mapy serwisu
  • Pl
  • Czy na końcu tęczy znajdziemy skarb?
  • Czy na końcu tęczy znajdziemy skarb?
 

Czy na końcu tęczy znajdziemy skarb?

— Strasznie mi się nudzi… — wybąkał Piotrek, wpatrując się znudzonym wzrokiem w spadające za oknem krople deszczu. Pomimo tego, że to już połowa wakacji, deszcz nieprzerwanie pada już od dwóch dni, dlatego Piotrek nie może pojeździć ze swoim kolegą na rowerze. Hubert, bo tak na imię ma jego przyjaciel, na początku wakacji dostał taki sam rowerek jak Piotrek, z tą jednak różnicą, że jego był niebieski, a Piotrka czerwony. Chłopcy dostali nowe rowerki, by w czasie wakacji nabyć umiejętności jazdy, ponieważ tuż po wakacjach idą do nowej szkoły, do której mają dojeżdżać właśnie na rowerkach. W końcu „pierwsza klasa podstawówki to nie zabawa” — jak miała zwyczaj mówić mama Piotrka. Zarówno Piotrek, jak i Hubert bardzo polubili jazdę na rowerze. Po jednym z całodniowych rajdów Hubert zapytał Piotrka, co najbardziej się mu podoba w jeździe na rowerze.

 — Uwielbiam czuć tę prędkość, gdy wiatr szumi mi w uszach i czochra włosy z przodu głowy — odpowiedział z wyraźnym podekscytowaniem w głosie Piotrek.

 — A ja lubię tak się rozpędzić i z dużą prędkością pokonywać zakręty. Tak się przechylać jak motocykliści na wyścigach w telewizji — powiedział Hubert, w którego głosie również dało się wyczuć emocje.

 — Fajnie, że twój tato doczepił nam do kierownicy te szeleszczące, kolorowe paski folii — zagadał do kolegi Piotrek. — O wiele lepiej się z nimi jeździ!

 — No pewnie — zgodził się Hubert. — A widziałeś jak się na nas patrzyli Marcin i Damian, gdy zrobiliśmy pierwsze okrążenie po osiedlu, zaraz po tym jak mój tata przyczepił nam te różnobarwne strzępki?

 — Oczywiście, że widziałem ich miny — odparł rozradowany Piotrek. — Z takim samym zachwytem wpatrywały się w nas te dziewczyny spod trójki.

 — Super się jeździ na tych rowerach! — skwitował ucieszony Hubert. — Zanim pójdziemy do domu, to choć jeszcze raz pojedziemy na ten tor przeszkód, który wczoraj ustawili chłopaki spod piątki. Co? — zapytał zachęcająco Hubert i zaczął podnosić się z ziemi swój rowerek.

 — Dobra! — wesoło odpowiedział Piotrek i z impetem ruszył za swoim kolegą.

Nagle chłopcu zrobiło się strasznie smutno, gdy tak siedział, podpierając ręką twarz i wpatrywał się w mokry asfalt na drodze wokół osiedla, wspominając ten wspaniały czas spędzony na rowerze. Tor przeszkód zamienił się w ogromną kałużę, z której gdzieniegdzie wystawały patyki wbite w ziemię. Większość z nich przewróciła się pod wpływem mokrego podłoża.

 — Eh… — westchnął Piotrek, wpatrując się na stojący w przedpokoju rowerek, z którego smutno opadały wielobarwne wstążki.

— W prognozie pogody mówili, że dziś wieczorem ma już przestać padać — powiedział tata Piotrka, nie mogąc już znieść smutnej miny swego synka. — Już jutro rano znów będziesz mógł jeździć rowerkiem z kolegą, synku.

 — Chyba dopiero jutro! — odbąknął rozgniewany sytuacją pogodową Piotrek. — Ja chciałbym teraz pojeździć! Czemu nie przestanie padać?! Od wczoraj spadła już wystarczająca ilość deszczu! Powinien się już skończyć ten głupi deszcz! — krzyczał rozzłoszczony malec.

 — Synku, nie powinieneś tak mówić! Deszcz wcale nie jest głupi. On jest bardzo potrzebny. Bez niego nie byłoby… — spokojnie zaczął tata, gdy Piotrek nagle głośno krzyknął:

 — TĘCZA!!! Zobacz tato, tęcza pojawia się na niebie! — wciąż wesoło wołał chłopiec i dotykając palcem szyby, wskazywał na miejsce pojawienia się tego niecodziennego zjawiska.

 — Rzeczywiście — przyznała ze spokojem mama i natychmiast dodała szorstko — zdejmij te palce z szyby, Piotrek! Dwa dni temu myłam okna, a spójrz jak już wyglądają! — krzyczała rozgniewana mama.

 — Ale mamo! To jest tęcza! — nieprzerwanie wołał rozentuzjazmowanym głosem malec — To znaczy, że zaraz przestanie padać!

 — To nie znaczy, że masz brudzić szyby w oknach! — odpowiedziała zdenerwowana zachowaniem syna mama.

 — Zobacz tato! Słońce zaczęło świecić! I chyba już przestaje padać — wołał Piotrek i opierając się o szybę rękoma oraz jeżdżąc po niej nosem w celu dostrzeżenia oznak ustającego opadu.

 — Synku, tęcza wcale nie świadczy o tym, że przestanie padać — strofował Piotrka ojciec — czasem może być ona paradoksalnie zapowiedzią deszczu.

 — Możecie wykonywać swoje obserwacje na zewnątrz i przestać w końcu tłuścić kuchenne okna! — krzyknęła rozzłoszczona mama — poza tym, na zewnątrz, przed klatką, pewnie tęcza jest lepiej widoczna i bardziej okazała. Może nawet zlokalizujecie koniec tęczy i tym samym dowiecie się, gdzie ukryty jest skarb.

 — Skarb? Jaki skarb? — dopytywał się zaciekawiony chłopiec — może pojedziemy tam na rowerach, co tato?

 — Nie synku, po pierwsze to wciąż jeszcze pada deszcz, a po drugie to mama żartuje z tym skarbem — odparł tata. — Mimo tego możemy wyjść na zewnątrz, na pewno będzie ją widać lepiej, ponieważ teraz jej znaczną część zakrywa blok z naprzeciwka.

Piotrek ochoczo założył buciki i kurtkę, po czym wyszedł z tatą wyposażonym w parasol przed blok. Jego oczom ukazała się tęcza w całej swej okazałości. Chłopiec z zachwytem wpatrywał się w mieniący się wszystkimi kolorami półokrąg. Doskonale było widać dwa jego końce — jeden z nich chował się za pobliskim lasem, natomiast drugi wydawał się zatrzymywać w centrum miasta, tuż za kościołem.

 — Wiesz tato, chyba lepiej będzie pojechać za kościół po ten skarb, bo w lesie będzie go trudniej znaleźć — stwierdził Piotrek.

 — Ha, ha, ha — zaśmiał się tata — najwidoczniej historia mamy obudziła w tobie duszę odkrywcy, poszukiwacza przygód. Tak naprawdę tęcza nie ma zarówno początku, jak i końca. Wydaje się nam, jakby była kilkaset metrów przed nami, lecz to złudzenie, ponieważ jeśli byś zadzwonił do twojego kolegi Romka, który mieszka za kościołem, na pewno powie Ci, że tęcza jest daleko od niego, a jej końce są w zupełnie innym miejscu, niż widzisz to Ty. Dzieje się tak dlatego, że obraz, który widzimy jest pozorny i powstaje zawsze w tej samej odległości od obserwatora, czyli idąc w stronę tęczy, ona również będzie się od nas oddalać, dlatego nie można dojść do jej końca. Poza tym, tęcza tak naprawdę jest okrągła, a połowę tęczy „zasłania” nam ziemia, dlatego widzimy na horyzoncie tylko łuk, który jest zaledwie połową tęczy. Gdybyś Piotrusiu leciał samolotem zobaczyłbyś całą tęczę, która z samolotu wygląda jak hula-hop, jest po prostu okrągła.

Nagle Słoneczko schowało się za chmurami, a tęcza zaczęła stopniowo zanikać.

 — Tato, co się stało? — zapytał zdumiony chłopiec. — Dlaczego tęcza zniknęła? Czyżby ktoś znalazł już ten „tęczowy skarb”?

 — Nie, synku — zaśmiał się tato — zniknął tylko jeden z warunków niezbędnych do powstania tego pięknego zjawiska, jakim jest tęcza.

 — A tak! — przypomniał sobie chłopiec — Hubert mówił, żeby aby powstała tęcza, musi świecić Słońce, gdy pada deszcz. A to prawie nigdy się nie zdarza.

 — To prawda, synku — pochwalił chłopca ojciec — masz bardzo mądrego kolegę. Ponadto, muszą być spełnione jeszcze inne warunki. Słońce musi znajdować się na odpowiedniej wysokości, a dokładniej mówiąc, musi być całkiem nisko nad horyzontem i świecić na spadający deszcz pod odpowiednim kątem. Zauważ synku, że zawsze oglądasz tęczę przez okno w kuchni. Gdy pojawią się odpowiednie warunki, tj. Słońce i deszcz jednocześnie, to szukamy tęczy na przeciwnej do położenia Słońca stronie nieba, to znaczy, Piotrusiu, że musisz jej szukać ustawiając się tak, by mieć Słoneczko za plecami.

 — Czyli tak, jakby Słoneczko wyciągało przed siebie palec i pokazywało mi gdzie jest tęcza, tak tato? — zapytał dociekliwie Piotrek.

 — Dokładnie synku — odparł ojciec rozradowany bystrością umysłu synka.

 — Czyli to Słoneczko jest bardzo niegrzeczne — odpowiedział po chwili chłopiec — bo przecież nie można pokazywać palcem, bo to jest niegrzeczne, tak mówi mi zawsze mama.

 — Ha, ha — roześmiał się tata — mama dobrze mówi, nie powinno się pokazywać palcem, ponieważ rzeczywiście tak jest niegrzecznie.

W chwili, gdy tato moralizował chłopca, Słońce wychynęło zza chmur i oczom malca znów ukazał się wielobarwny pas wygięty w łuk.

 — Tato, a powiedz mi, dlaczego tęcza tak rzadko pojawia się na naszym niebie? — zapytał zaciekawiony Piotrek.

 — Oprócz tego, że musi padać deszczyk, musi również świecić Słoneczko i to na odpowiedniej wysokości nad horyzontem, dlatego tęczę możemy dostrzec jedynie o poranku lub popołudniami.

 — Co ty mówisz tato, przecież rano nie ma burzy — powiedział oburzony Piotrek.

 — Zdarzają się, Piotrusiu — odparł spokojnie tata — lecz są one bardzo rzadkim zjawiskiem, dlatego też bardzo trudno zobaczyć tęczę o poranku.

 — Ale przecież wieczorem też nie zawsze jest tęcza — oburzył się chłopiec.

 — A to dlatego, że chmury burzowe do Polski przychodzą głównie zachodu, czyli z kierunku, w którym zachodzi Słoneczko, przez co chmury burzowe zasłaniają nam Słoneczko, czyli zabierają jeden z warunków powstania tęczy.

W czasie wyjaśniania przez tatę zjawiska powstawania tęczy, stopniowo zaczął zanikać deszcz. Kropelki deszczu coraz rzadziej zaczęły uderzać o napiętą powierzchnię parasola, by w końcu dudniący odgłos kropel rozpryskujących się na parasolu umilkł zupełnie. Chwilkę po tym tęcza zanikła bezpowrotnie.

 — O! — zawołał Piotrek. — Zobacz tato, tęcza zniknęła.

 — Ponieważ przestał padać deszcz — odparł spokojnie tata.

 — A do czego jest potrzebny tęczy deszcz?

 — Bo to właśnie na kropelkach wody rozszczepia się światło słoneczne.

 — Rozszczepia? To ma coś wspólnego z zastrzykami, tato?

 — Nie, synku — zaśmiał się tata Piotrka — nie zaszczepia, tylko rozszczepia, inaczej mówiąc rozdziela na różne barwy.

 — To ono jest złączone? Ktoś je posklejał? — dopytywał się Piotruś.

 — Nie, synku — roześmiał się ojciec — światło pochodzące od Słoneczka, jest światłem niespójnym, to znaczy jest mieszaniną barw. Jakich? Wszystkich, jakie zdołasz zobaczyć na tęczy. Jeśliby te barwy znów połączyć razem, to utworzą one światło słoneczne, czyli światło białe. Rozumiesz? — zapytał tata.

 — Nie bardzo, tato — z kwaśną miną odpowiedział Piotrek.

 — Wyjaśnię Ci synku inaczej. Pamiętasz jak dziś rano malowałeś swoimi farbkami?

 — Tak — odparł Piotrek.

 — A pamiętasz synku, jak zacząłeś mieszać ze sobą dwa różne kolory i powstawał inny kolor?

 — Tak, jak nabrałem na pędzelek troszkę żółtego, a później niebieskiego, to malował mi na zielono — odpowiedział chłopiec — i wtedy też powiedziałeś mi, tato, że jeśli zmieszam ze sobą dwie farbki, to otrzymam inny, nowy kolor. I powiedziałeś też, że używając tylko trzech kolorów, mogę utworzyć wszystkie kolory jakie tylko chcę.

 — Dokładnie Piotrusiu — powiedział zadowolony ze swego synka tata.

 — I ja później połączyłem na palecie niebieski i czerwony i wyszedł fioletowy — dodał rozradowany Piotrek.

 — Oczywiście synku, tak właśnie maluje się obrazy, używając zaledwie kilku kolorów farb, tworzy się dzieło sztuki o tysiącach barw. W ten sam sposób działa nasz domowy telewizor. Jeśli podejdziesz tak bardzo, bardzo blisko do telewizorka, to zobaczysz kolorowe kropeczki, czy kreseczki w kolorach wyłącznie czerwonym, zielonym i niebieskim. Telewizor podświetlając te kolorowe kropeczki, wyświetla kolory, np. podświetlając tylko niebieski i czerwony — dostaniemy kolor fioletowy i w ten sposób pani z filmu może mieć kapelusz koloru fioletowego. Łącząc ze sobą różne kolorki, możemy utworzyć wszystkie kolory, jakie tylko chcemy. W ten sam sposób działa twój telefon komórkowy Piotrusiu. Również i w nim wyświetlacz składa się z tysięcy malutkich, kolorowych kropek, ale tylko o trzech kolorach: czerwonym, zielonym i niebieskim. Tylko, że są one bardzo małe i ciężko je zobaczyć. Tak właśnie tworzy się miliony kolorów, używając zaledwie trzech barw.

 — Tato, a jak pomieszam ze sobą te trzy kolory podstawowe o jakiś mówiłeś, to dostanę kolor biały? — spytał Piotrek.

 — No wiesz synku, to nie jest takie proste. Należy z aptekarską precyzją, czyli bardzo, bardzo dokładnie odmierzyć ilość każdej z trzech farbek o podstawowych kolorach, czyli czerwonego, zielonego i niebieskiego. Każdej z tych farbek musi być dokładnie tyle samo, a to jest bardzo trudne Piotrusiu, ponieważ czasem na pędzelek nałoży się odrobinę mniej, a czasem troszkę więcej farbki i rezultat będzie daleki od oczekiwanego.

 — Czyli, jeśli poskładamy wszystkie kolory tęczy, to otrzymamy białe światełko, takie jak ma Słoneczko, tak? — dopytywał Piotrek.

 — Oczywiście Piotrusiu.

 — A mówiłeś, że wystarczą tylko trzy kolory, by uzyskać biały kolor. To dlaczego tęcza nie ma tylko trzech kolorów, tylko ma wszystkie? — zapytał dociekliwie Piotrek.

 — Bardzo dobre pytanie synku — tata pochwalił spostrzegawczość swego syna. — Otóż, Piotrusiu, tak naprawdę wyróżniamy siedem podstawowych kolorów tęczy: czerwony, pomarańczowy, żółty, zielony, niebieski, indygo oraz fioletowy. Ale można również powiedzieć, że tęcza ma tylko trzy kolory: czerwony, zielony i niebieski. Wyobraź sobie, że mamy trzy szerokie pędzelki oraz trzy kolorowe farbki: czerwoną, zieloną i niebieską. Każdy z trzech pędzelków maczamy w innym kolorze. Następnie malujemy trzy szerokie paski na kartce papieru w ten sposób, że część jednego paska przykrywana jest przez drugi pasek. Wtedy w miejscach pomiędzy tymi głównymi trzema kolorami tworzą się nowe, dopełniające kolory. Na przykład pomiędzy paskiem utworzonym przez pędzel z kolorem czerwonym a pędzel z kolorem zielonym dostajemy kolor żółty i pomarańczowy, czyli barwy, które możemy odnaleźć na tęczy.

 — A powiedz mi tato, kto ten biały kolor rozdziela na inne kolory? — spytał nagle Piotrek.

 — Woda. A dokładniej woda w postaci kropelek deszczu. To na nich światło, czyli promyczki słoneczne, rozszczepia się na barwy, które możesz zaobserwować właśnie w tęczy. Następnie rozdzielone na barwy promyczki odbijają się od wewnętrznej ścianki takiej kropelki w taki sam sposób, jak Słoneczko odbija się na kałuży po deszczu i trafia do naszych oczu, a my widzimy piękną wielobarwną tęczę.

 — Wiesz co, tato? Chodźmy już do domu, bo dzisiaj już nie zobaczymy tęczy — odparł ze smutkiem chłopiec, patrząc jak ostatnie promyki Słońca chowają się za pobliskim wzgórzem.

 — Hmm… — zamyślił się tata — takiej naturalnej już nie zobaczymy, ale możemy sami utworzyć taką tęczę w domku — odparł wesoło tata.

 — Naprawdę? Jak? — zapytał Piotrek.

— Chodźmy do domku, to ci pokażę — powiedział tata, ruszając z synkiem w kierunku domu. — Będzie nam potrzebna miska z wodą oraz lusterko od mamy.

 — Wiesz tato, mama się może nie zgodzić — stwierdził z powagą i smutkiem w głosie Piotrek, otwierając drzwi wejściowe do mieszkania.

 — Na co znów się mam nie zgodzić? — spytała z niepokojem mama, wchodząc do przedpokoju.

 — Będziemy z tatą robić tęczę — odpowiedział Piotrek z podekscytowaniem w głosie.

 — Co znów wymyśliłeś? — spytała mama spoglądając gniewnie na męża.

 — Ależ kochanie, to zupełnie niegroźne — bronił się tata — potrzebujemy tylko twojego lustereczka z torebki. Możesz nam go skarbie przynieść? — spytał niepewnie tata. — A Ty przynieś latarkę, którą bawiłeś się wczoraj wieczorem — zwrócił się do syna — ja w tym czasie napełnię miseczkę wodą.

Tata napełnił miseczkę wodą i postawił ją na stole. Włożył do niej lusterko, które mama wyciągnęła z torebki. Gdy Piotrek przyniósł latarkę, tato wyjął z drukarki czystą kartkę papieru i unosząc ją jakiś metr nad miską, załączył latarkę. Z początku nic się nie działo, a Piotrek nawet powiedział:

— Eee… coś nie działa. Nie widać tej tęczy tato, chyba mówiłeś nieprawdę.

 — Chwilkę cierpliwości — odparł skupiony ojciec — muszę znaleźć odpowiedni kąt — dodał, obracając latarką i kierując jej światło w odbijającą światło powierzchnię lusterka znajdującego się pod wodą. — Promienie świetlne z latarki, przechodząc przez wodę ulegają rozszczepieniu, czyli rozdzielają się na barwy, by następnie odbić się od lusterka i zatrzymać na kartce papieru, ukazując tym samym piękną, wielobarwną tęczę — powiedział ojciec Piotrka, gdy nagle Piotrek zobaczył piękny kawałek tęczy na kartce papieru trzymanej przez tatę w rękach.

 — Jest! Jest! — krzyknął zachwycony maluch.

 — Rzeczywiście — potwierdził ojciec — bardzo wyraźna.

 — Mogę teraz ja spróbować? — zapytał podekscytowany chłopiec.

 — Oczywiście, proszę — powiedział tata i wręczył synowi latarkę i kartkę papieru w dłoń.

 — Dobrze, dobrze Piotruś, pobawisz się po kolacji — powiedziała stonowanym głosem mama — a teraz siadamy wszyscy do stołu, bo kanapki są już zrobione, a herbatka stygnie — dodała mama, wskazując na stół, gdzie stały trzy kubki z herbatą i talerz pełen kanapek.


mgr inż. Michał Orliński


Mgr inż. Michał Orliński — jest doktorantem w Katedrze Energetyki Jądrowej na Wydziale Energetyki i Paliw AGH, gdzie zajmuje się promieniowaniem jonizującym oraz detektorami półprzewodnikowymi. Interesuje się nowoczesnymi technologiami. W wolnych chwilach lubi czytać ciekawostki ze świata nauki z dobrą kawą w ręku.

All rights reserved © 2017 Akademia Górniczo-Hutnicza