20. Jak Mama Jeżowa wreszcie znalazła synka

Mama Jeżowa nigdy, nawet przez niewielką chwilę nie przestawała myśleć o tym strasznym wydarzeniu, kiedy uciekając, musiała zostawić swego małego synka w gęstych zaroślach, na skraju lasu.

Myślała wtedy, że wkrótce po niego powróci, ale stało się inaczej. Pościg wilczej watahy był zajadły i długi. Wilki nie dawały za wygraną, bo nawet tak mały kąsek jak Mama Jeżowa budził ich apetyt w ciężkim, zimowym czasie.

Mama Jeżowa kluczyła sprytnie, opuściła las i wśród gęstych zarośli, pokrytych śniegiem i polnych ścieżek szukała schronienia. Wilki coraz częściej traciły jej trop, ale po paru dniach znowu czuła, że są niedaleko. Wreszcie Mama Jeżowa dostała się do okolic, gdzie znajdowały się ludzkie osady i pogoń ustała. Po tak długim czasie nie bardzo jednak wiedziała, gdzie się znajduje, w którą stronę powinna się udać, aby powrócić do lasu, gdzie zostawiła małego Jeżyka.

Wędrowała więc dalej. Okolica zaczęła się zmieniać, pola ustąpiły znowu zaroślom. Pojawiły się zrazu niewielkie, potem całkiem duże wzniesienia. W głębokich kotlinach szumiały po kamieniach bystre strumyki, a na zboczach pokazały się początkowo rzadkie, później coraz częstsze ostre skały. Droga była teraz trudniejsza, Mamę Jeżową bolały łapki i czuła się bardzo zmęczona. Zima skończyła się i nastała wiosna. Zrobiło się cieplej, powoli wszystko dookoła zazieleniło się i słońce zaczęło mocniej przygrzewać.

Mama Jeżowa znalazła duże opuszczone legowisko. Należało chyba kiedyś do borsuczej rodziny, było przytulne i ciepłe, wykopane u podstawy piaszczystego pagórka u zbocza doliny. Postanowiła tu pozostać jakiś czas. Była wychudła, osłabiona i chora. Długi czas spała w zacisznej jamie. Dopiero po wielu tygodniach przyszła na tyle do siebie, że postanowiła powędrować dalej. Przespała właściwie całą wiosnę i zrobiło się już lato. Gdy ruszyła w drogę, napotkała niespodzianie Starego Jeża. Był bardzo ciekawski i gadatliwy. Opowiadał, że w tej okolicy nie ma wiele zwierząt, a jeśli są to niezbyt przyjazne. Podobno czasem pojawiał się tu nawet wielki ryś. Miejsca te nie należały zatem do bezpiecznych i Stary Jeż nie miał zamiaru bawić tu długo. Mama Jeżowa opowiedziała mu o swoim zmartwieniu. Stary Jeż pokiwał głową.

– No tak – powiedział – ale chyba bardzo daleko zawędrowałaś. Słyszałem o wielkim lesie, podobno jest to część dawnej starej puszczy, jak tam trafić z powrotem nie potrafię ci powiedzieć. Na pewno musisz zawrócić, bo idąc dalej w tym samym kierunku natrafisz wreszcie na wielkie góry. Tam nawet w lecie leży śnieg, a takie małe leśne zwierzątka jak my naprawdę nie mają czego tam szukać.

To mówiąc, Stary Jeż pożegnał się dość pospiesznie i podreptał w swoją stronę. Może obawiał się, że Mama Jeżowa będzie prosić go o pomoc? Nie wiadomo.

Mama Jeżowa długo zastanawiała się, co zrobić. Z trudem wydrapała się z głębokiej doliny na sąsiedni grzbiet, a nawet na szczyt niewysokiej skały, górującej nad okolicą. Rzeczywiście, daleko na horyzoncie w świetle zachodzącego słońca bieliły się i nieco połyskiwały czerwienią dalekie, wysokie góry tworzące łańcuch skalistych grzbietów. To były te góry, o których mówił Stary Jeż.

Mama Jeżowa westchnęła ciężko, daleko po przeciwnej stronie widać było szeregi pagórków, doliny, w których teraz zalegał cień i gdzieś na samym krańcu leżał chyba las, las, w którym musiała zostawić swego synka. Wydało jej się teraz, że to było strasznie dawno, a to przecież zaledwie minęło pół roku.

Parę dni później Mama Jeżowa ruszyła w drogę. Po prostu wydawało się jej, że wystarczy odwrócić się plecami do gór i pomaszerować do przodu. Ale wkrótce okazało się, że to nie jest takie proste. Kotliny skręcały w różnych kierunkach, a wędrówka doliną wzdłuż wijącego się potoku nie była łatwa. Po wielu dniach męczącej podróży Mama Jeżowa znalazła się na rozległej równinie. Teren był miejscami podmokły, zarastały go skupiska rosochatych wierzb, nad wodą rosła trzcina i tatarak. Trzeba było bardzo uważnie dreptać niekiedy wąziutką ścieżką, ledwo widoczną ponad czarną stojącą wodą. Mimo lata w pełni nie widać tu było wielu kwiatów. Na wodzie rozrastały się wielkie zielone talerze lilii wodnej. Wieczorami, kiedy mgła ścieliła się nisko nad wodą, słychać było tylko kumkanie licznych żab. Na widok Mamy Jeżowej, człapiącej ścieżynką, z pluskiem skakały do wody. Widocznie nie bardzo chciały z nią rozmawiać.

Mama Jeżowa wędrowała powoli. Noce spędzała w przygodnych zagłębieniach wśród sitowia i trzcin. Ranki były chłodne, zbliżała się jesień i mgła zasłaniała wszystko. Dokoła panowała głucha cisza. Czasem tylko jakieś wodne odzywały się w szuwarach. Pewnego ranka, gdy Mama Jeżowa jeszcze drzemała w swoim legowisku, tuż obok rozległ się głośny chlupot, a następnie słychać było dudniące kroki. Jakiś wielki stwór, sapiąc ciężko kroczył ścieżką w jej kierunku. Mama Jeżowa zamarła ze strachu. Z mgły wyłonił się cień ogromnego zwierza. Miał rozłożyste jak łopaty rogi, pochyły kark, długą głowę z szerokim pyskiem zakończonym małą bródką. Wielkie błyszczące ślepia patrzyły ze zdumieniem na stojące przed nim dziwne nieznane stworzenie. Był to Wielki Łoś.

– Hm! A cóż to takiego? – sapnął – małe to i jakieś kolczaste, toż to chyba musi być jeż!

– A cóż ty jeżu, stworzenie leśne, szukasz na moim bagnisku? – zapytał. – Przecież zaraz gdzieś się utopisz, a na pewno nie znajdziesz tu nic do jedzenia!

Mama Jeżowa nieco odetchnęła. Ogromny Łoś nie wydawał się być groźny, mimo że jednym pacnięciem szerokiego kopyta mógłby ją rozpłaszczyć na ziemi. Zaczęła więc opowiadać o swojej przygodzie i o zamiarze powrotu do miejsca jej rozstania z małym Jeżykiem. Wielki Łoś słuchał z uwagą.

– A skąd wiesz, że idziesz w dobrym kierunku? – zapytał.

– Tak mi się wydaje, że zawróciłam, ale teraz widzę, że to chyba nienajlepsza droga, bo idąc w tą stronę, nie przechodziłam przez bagna.

– No właśnie! – rzekł Łoś – błądzisz i na pewno tym sposobem nie trafisz do wielkiego lasu. Mogę ci coś poradzić. Otóż wiedz, że my łosie, które bardzo lubimy mokradła, podmokłe łąki, czasami nabieramy niespodziewanie ochoty na dalekie, bardzo dalekie wędrówki. Tak nas coś ciągnie, aby iść i iść przed siebie. Ja też kiedyś odbyłem taki długi spacer, ale później wróciłem tutaj. Może nawet byłem w lesie, o którym mówiłaś. Pamiętam, że tam jednak było dla mnie za sucho, było wprawdzie jakieś jeziorko, żyły w nim bobry, ale było dla mnie za małe. Za dużo tam było starych sosen, suchych polanek i zarośli. Ale wiem mniej więcej, gdzie to jest i jak powinnaś w kierunku tego lasu wędrować. Czy może pamiętasz, z której strony świeciło wtedy słońce? – zapytał niespodzianie.

– Czy ja wiem? – odpowiedziała zaskoczona Mama Jeżowa – chyba z lewej, bo nawet świeciło mi w oczy, kiedy uciekałam dalej.

– Aha! – odrzekł Łoś – a więc uciekałaś na zachód. Teraz, zatem, wracając musisz starać się, aby w południe słońce oświecało cię z prawej strony, będziesz, bowiem wędrować z powrotem na wschód. Oczywiście ścieżki mogą różnie zmieniać kierunek, ale jednak ogólnie musisz o tym pamiętać, wybierając którąś z nich. Na wschód! – Powtórzył.

Mama Jeżowa była naprawdę wzruszona. Wreszcie ktoś życzliwy doradził jej tak praktycznie i rzeczowo.

– I jeszcze jedno – dorzucił odchodząc Wielki Łoś. – Będziesz przechodzić koło ludzkich osiedli. To takie jakby wielkie wsie, nazywają się miasteczka. Wiodą do nich nie dróżki ani ścieżki, ale coś bardzo szerokiego, twardego, twardego szarym kolorze. Po tym poruszają się straszne potwory! Mają świecące ślepia i różne kolory. Są małe, duże i bardzo wielkie i długie. Okropnie ryczą i paskudnie pachną. Wszystkie jednak gnają jak opętane i biada małemu, a nawet dużemu zwierzęciu, gdy znajdzie się na ich drodze. Czeka je niechybna śmierć! Bardzo uważaj, gdy będziesz przechodzić przez ich drogę. Najlepiej zrób to nocą, bo wówczas jest ich mniej i wyraźniej świecą ślepiami. To chyba już wszystko, co wiem – powiedział Łoś – ruszaj w drogę i powodzenia!

Mamie Jeżowej nie trzeba było tego powtarzać. Przede wszystkim zawróciła, starając się jak najszybciej opuścić bagniska. Wielki Łoś pokazał jej inną, dogodniejszą ścieżkę i wkrótce stanęła na suchym gruncie. Było południe, odwróciła się od słońca jak kazał Łoś i ruszyła w drogę.

Wielki Łoś miał rację. Wkrótce opuściła złowrogie bagienne okolice i znalazła się na pofalowanym terenie wśród niewielkich pagórków. Porastały je przeważnie niezbyt gęste lasy liściaste, często pojawiały się trawiaste polanki i małe zagajniki brzóz i leszczyny. Mama Jeżowa bez trudności znajdowała tam przytulne miejsca wśród liści i mchów na kolejny nocleg. Zwierząt było jednak niewiele, czasem mignął wśród zarośli szarak lub widać było małe stadko saren. Mama Jeżowa, pomna jednak wskazówek Łosia, że czeka ją długa droga, nie zatrzymywała się na pogawędki, lecz uparcie podążała na wschód.

Po wielu dniach podróży, kiedy lato było już w pełni, okolica znowu uległa zmianie. Pojawiały się coraz częściej uprawne pola, porośnięte teraz dojrzałym zbożem, a także pola ziemniaków, a nawet kapusty i kukurydzy. Ścieżki były coraz bardziej widoczne, przechodziły w szerokie i kręte polne drogi, na których widać było ślady kół. Czasami Mama Jeżowa widziała nawet pracujących na polach ludzi. Omijała ich ostrożnie z daleka, była nieufna, gdyż o ludziach słyszała różne rzeczy. Postanowiła więc, że będzie wędrować o zmierzchu, kiedy niebezpieczeństwo niespodziewanego spotkania było na pewno mniejsze. Wreszcie ujrzała również i zabudowania, ludzkie gospodarstwa. Z kominów unosił się dym, słychać było poszczekiwania psów. Mama Jeżowa omijała gospodarstwa z daleka. Najbardziej obawiała się psów, mimo że jeże mają na nie swoje sposoby, kolczastą poduszkę igieł, kiedy zwiną się w kłębek.

Pewnego wieczoru Mama Jeżowa wydrapała się z trudem na wierzchołek niewielkiego pagórka, który wznosił się w pobliżu jej drogi. Spojrzała na wschód, w kierunku, w którym od tak wielu dni uparcie wędrowała. Daleko na horyzoncie, w świetle zachodzącego słońca czerniała wstęga lasu. Była jednak znacznie szersza i bliższa niż uprzednio, a więc Mama Jeżowa wędrowała w dobrym kierunku. Zadowolona ze zdwojonym zapałem ruszyła w dalszą drogę. Zapadał już zmierzch, kiedy natrafiła na niespodziewaną przeszkodę. W głębokiej dolinie, otoczonej z oby stron lasem, wiło się coś bardzo szerokiego o szarym kolorze. To chyba była ta szosa, o której mówił Wielki Łoś. I rzeczywiście, co chwilę ukazywało się na niej parę ryczących, błyskających żółtymi lub białymi ślepiami potworów. Gnały przed siebie z ogromna prędkością, raz z jednej a za chwilę z przeciwnej strony. Mama Jeżowa była przerażona! Musiała przekroczyć tą ogromną szeroką drogę, ale jak? Powoli, ostrożnie zeszła z wzniesienia i wówczas natrafiła na jeszcze jedna przeszkodę. Był to jeden z dwóch szerokich i głębokich rowów, które z obu stron odgraniczały szosę. Wypełniała je ciemna woda, rosły tam jakieś niewielkie trzciny, a na powierzchni pływała zielona rzęsa wodna. Mama Jeżowa długo szukała dogodnego przejścia, wreszcie znalazła mały mostek i drżąc ze strachu przycupnęła na skraju. Postanowiła, że wyczeka chwili, kiedy nie będzie widać niczego z daleka i szybko przebiegnie na drugą stronę. Było już zupełnie ciemno i tylko ślepia pędzących potworów rozjaśniały na chwilę zmrok. Ich ryk prawie nie ustawał, a wstrętny zapach omal nie pozwalał Mamie Jeżowej oddychać. W pewnym momencie wydawało się jej, że nadeszła właściwa chwila. Szybciutko wbiegła na drogę, podłoże było jakieś cuchnące i lepkie. Minęła już połowę zaznaczoną białym szerokim pasem i już, już dobiegała do końca, gdy nagle ukazał się znienacka mniejszy potwór, ryczał jeszcze głośniej i o dziwo, miał tylko jedno oko! Mama Jeżowa, zdumiona, zatrzymała się na sekundę, ale to wystarczyło! Wyrzucona w górę z ogromną siłą poczuła tylko poczuła tylko palący ogień bólu w lewej tylnej łapce, a następnie z potężnym chlupnięciem wpadła do zimnej wody w rowie i straciła przytomność. Po chwili przyszła jednak do siebie, czuła pulsujący ból w łapce, ale ze zdumieniem stwierdziła, że płynie z łebkiem nad wodą, a jakieś nieznane zwierzątko ciągnie ją, podtrzymując, w kierunku brzegu.

Trwało to chwilę, bo rów był dość szeroki, ale wreszcie dotarli do stromego brzegu. Nieznany zwierzak sprawnie wytaszczył Mamę Jeżową na suchy ląd. Z wyglądu podobny był do szczura, ale miał inne, brunatne futerko, małe uszka i dość szeroki ogon.

 – Tyś chyba zupełnie zwariowała! – wrzasnął. – Kto widział teraz latać po szosie, chyba, że życie ci zbrzydło? Popatrz jak się urządziłaś! Łapa pewnie złamana, a to i tak cud prawdziwy, że jeszcze żyjesz. Powinnaś się przecież utopić, bo na pewno nie umiesz pływać, całe szczęście, że to było blisko mojej nory!

– Kto ty jesteś? – wyszeptała ledwie żywa ze strachu i bólu Mama Jeżowa. – Nie widziałam jeszcze takiego stworzenia. Czy może mieszkasz w wodzie?

– Oczywiście! Jestem piżmak, piżmoszczur, jak wolisz. Mieszkam w tych rowach i mam tutaj gniazdo, niezbyt w nim wprawdzie sucho, ale ja wodę lubię, jestem wodnym zwierzątkiem, a prawdę mówiąc, wywodzę się aż z za Oceanu, z Ameryki. – Dodał z dumą.

Mama Jeżowa niewiele z tego zrozumiała, noga bolała ją strasznie, nie mogła nią poruszać, ale zrozumiała, że Piżmak jest jej życzliwy, no i właściwie uratował jej życie.

– Nie wiem właściwie, co dalej z tobą zrobić – zastanawiał się tymczasem Piżmak. – Do mojej nory się chyba nie zmieścisz, zresztą jak cię tam z twoją nogą zawlec nie bardzo wiem – zafrasował się. Obejrzał starannie nogę i pokiwał głową. – Wygląda na to, że jest na pewno złamana. Nic na to nie potrafię poradzić. – Pomyślał chwilę, wreszcie zadecydował.

– Nie ma rady, muszę poprosić o pomoc Starego Królika. On tutaj mieszka niedaleko, zaraz za tym lasem, gdzie ciągną się piaszczyste wydmy. Ma tam ogromne gniazdo, niezliczone korytarze, gdzie mieszka jego wielka rodzina. Stary Królik zna się na wszystkim, na pewno coś na to poradzi. Musisz tutaj schować się w krzakach, a ja pójdę po pomoc.

To mówiąc, Piżmak pomógł Mamie pokuśtykać w stronę zarośli. Szybko wygrzebał małe zagłębienie w suchych liściach, ułożył ją wygodnie, starając się nie urazić złamanej łapki i bezszelestnie zniknął w ciemnościach. Mama Jeżowa zapadła w odrętwienie, trochę drzemała, ale pulsująca bólem łapka nie pozwalała na sen.

Tuz przed świtem, kiedy już niebo na wschodzie zajaśniało, Piżmak powrócił. Za nim kicał powoli Stary Królik. Miał siwą sierść na grzbiecie, nieco obwisłe uszy i wielkie wąsy.

– Ale się naszukałem! – powiedział Piżmak – zamiast siedzieć w swoim legowisku, to on gdzieś sobie powędrował, do licznych krewnych w odwiedziny! Królicza rodzina, to bardzo liczna gromada – dodał. – No, ale już jesteśmy na miejscu. Tutaj masz pacjenta, zobacz, jak się Pani Jeżowa urządziła!

Stary Królik słuchał z pobłażaniem narzekania Piżmaka, wydawał się być przyzwyczajony do jego gadania.

– No, no! – powiedział – witaj Pani Jeżowo! Skąd przywędrowałaś, bo ja znam wszystkie jeże, jakie mieszkają w tej okolicy, ale ciebie widzę po raz pierwszy.

Mama Jeżowa opowiedziała mu swoja historię, o tym jak uciekała przed wilkami, jak ukryła swego synka i jak wędruje już prawie rok, aby go odnaleźć. No i wreszcie, co jej się przydarzyło w nocy przy przekraczaniu drogi.

– No tak – pokiwał głową Stary Królik – to rzeczywiście smutna historia, ale powiem ci, że dopóki się nie upewnisz, co się stało, musisz szukać swego synka. Tylko, że niestety chyba nieprędko ruszysz w drogę. – Obejrzał starannie łapkę i powiedział:

– Oczywiście, złamana, będę musiał coś zrobić. Najpierw ją unieruchomimy, a potem jakoś dotrzemy do mojej nory. Dosyć tam miejsca, abyś mogła przezimować, aż kości się zrosną i będziesz mogła powędrować dalej.

Mama Jeżowa była ogromnie zmartwiona, ale wiedziała doskonale, że ze złamaną nogą nie tylko nie mogła ruszyć w drogę, ale nie miała żadnej szansy na przetrwanie zimy.

Stary Królik kazał Piżmakowi przynieść grubą wierzbową gałązkę. Sam wyszukał na łące liście babki i owinął nimi delikatnie nogę.

– To bardzo dobre lekarstwo – powiedział – zdejmij teraz Piżmaku ostrożnie korę z gałązki i przetnij ją wzdłuż, zrobisz jakby dwa korytka. To łubki, umieścimy w nich złamaną łapkę i mocno zwiążemy witkami z trawy. Tak unieruchomiona łapka powinna się szybko zrosnąć.

Wspólnie z Piżmakiem zrobili zręcznie opatrunek i Mama Jeżowa z ich pomocą z trudem pokusztykała na trzech łapkach. Droga do nory Królika była dość długa i męcząca. Z kotliny, w której leżała droga, poprzez las wydostali się na dość rozległą piaszczystą równinę. Rosły tutaj rzadko niewielkie sosny, a miejscami duże połacie porastał wrzos. To właśnie było miejsce, gdzie Stary Królik i jego liczni krewni i znajomi mieli swoje nory. Było już południe, gdy dotarli na miejsce. Mimo że świeciło słońce i wokoło kwitły wrzosy, czuć już było chłód jesienny. Niebawem miała nadejść zima.

Do właściwej nory, którą zamieszkiwał Stary Królik, prowadził długi i kręty korytarz. Samo wejście do niej było sprytnie ukryte pod krzakami i wrzosem. Królik prowadził, Mama Jeżowa dreptała za nim z coraz większym wysiłkiem. Wreszcie Królik skręcił w boczny korytarz i znaleźli się w obszernym pomieszczeniu.

– Rozgość się tutaj – powiedział Królik – kilku moich kuzynów będzie o ciebie dbać, żebyś miała coś do jedzenia i żebyś przyszła do siebie – dodał. – Możesz tu siedzieć jak długo zechcesz, aż będziesz zupełnie zdrowa.

Mama Jeżowa zdążyła jeszcze wyszeptać: – Bardzo, bardzo ci dziękuję Króliku i tobie też Piżmaku, przecież ocaliliście mi życie! – I ledwo zdążywszy się zakopać w miękkie legowisko z mchu i suchych liści, zapadła w głęboki zdrowy sen.

Królik z Piżmakiem powrócili na powierzchnię. Stary Królik był zafrasowany i nie ukrywał swych obaw.

– Nie bardzo wierzę, mówiąc szczerze – powiedział – że ona kiedykolwiek znajdzie swego synka. Jak mógłby przeżyć zimą w lesie mały Jeżyk, to zupełnie niemożliwe. Nie mówiąc już o drapieżnikach, ale pomyśl sam o mrozie, głodzie śnieżnych zamieciach! Trudno w takich warunkach przeżyć dorosłemu zwierzęciu, a co dopiero taki maluch!

– Chyba żeby się ktoś nim zaopiekował – zastanawiał się Piżmak – ale kto chodzi po lesie, kiedy w nim grasują wilki! Masz chyba rację, że to zupełnie nieprawdopodobne. Nie powiemy chyba jednak o tym Mamie Jeżowej, ona przecież tylko żyje nadzieją.

– Oczywiście – odparł Królik – ale wiesz co, czasami zdarzają się zupełnie nieprawdopodobne rzeczy! Chociażby jej wczorajszy wypadek. Tak naprawdę to powinna leżeć nieżywa na szosie. Tyle jeży ginie w ten sposób, a ona ocalała.

– Masz rację, to zupełnie niezwykłe. No, ale cóż, wrócę już do siebie. Moja Pani Piżmakowa pewnie bardzo martwi się, że mnie tak długo nie ma. – To mówiąc, Piżmak szybko podreptał w swoją stronę.

– Długo trwało leczenie Mamy Jeżowej. Stary Królik zmieniał opatrunki, przynosił różne maści. Minęło parę miesięcy i nadeszła już zima. W norze Królika było ciepło i przytulnie. Mama Jeżowa, jak wszystkie duże jeże, większość czasu przesypiała. Czuła się już znacznie lepiej, ale Królik był zdania, że jeszcze za wcześnie opuszczać norę, tym bardziej, że na zewnątrz szalały śnieżyce, a wejście było zupełnie zasypane śniegiem. Zima wydawała się Mamie Jeżowej bardzo długa. Mimo że była głęboko zakopana w swoim legowisku, Stary Królik budził ją dość często, zwłaszcza od czasu, kiedy uznał, że utrzymujący nieruchomo łapkę opatrunek jest już zbędny. Teraz kazał ją masować, a następnie poruszać nią, zrazu ostrożnie, a potem coraz energiczniej.

– Jak nie będziesz ciągle ćwiczyć, to zawsze już będziesz kuleć! – ostrzegał.

Po takich ćwiczeniach noga zwykle bardzo mocno bolała, ale Mama Jeżowa myśląc o dalszej wędrówce, posłusznie spełniała wszystkie zalecenia Królika. Rzeczywiście po kilkunastu ćwiczeniach mogła już nienajgorzej posługiwać się zrośniętą pięknie, jak twierdził Królik, łapką.

Pewnego ranka, gdy Mama Jeżowa odpoczywała po kolejnych ćwiczeniach, Stary Królik powiedział niespodziewanie:

– Wiesz co? Gdybyś bardzo chciała, to mogłabyś spróbować ruszyć w drogę. Zima ma się chyba ku końcowi. Wczoraj obejrzałem wejście do nory, jest odsłonięte. Chyba śnieg stopniał, a na zewnątrz prawie nie ma mrozu.

Może Stary Królik był już trochę zmęczony opieką mimo troskliwej pomocy kuzynów, może obawiał się, że jego gość będzie chciał pozostać na stałe, nie wiadomo.

Mama Jeżowa przyjęła z radością tę propozycję i zaczęła się szykować do drogi. Królik zebrał ile mógł zapasów, Mama opatuliła się dodatkowo w ciepły spencerek i pewnego słonecznego, ale jeszcze mroźnego poranka stanęła gotowa do drogi. Królik postanowił towarzyszyć jej, aż opuści wrzosowiska i znajdzie dogodniejszą drogę.

Wspięli się więc razem na niewielkie wzniesienie i Mama Jeżowa spojrzała jak zawsze na wschód. Czerniła się tam wstęga lasu, ale była dużo bliżej. Widać było nawet pojedyncze drzewa z koronami okrytymi śniegiem, a także ośnieżone krzewy i zagajniki. Mama Jeżowa westchnęła, Stary Królik obserwował ją uważnie, nie chciał jednak widocznie wspominać o swoich wątpliwościach i serdecznie ją pożegnał.

– Ruszaj! – powiedział – twoja łapka jest już chyba zupełnie w porządku!

I Mama Jeżowa skierowała swoje kroki w stronę wielkiego lasu. Dopiero po kilku dniach wędrówki, która była bardzo uciążliwa, bo ziemia była zmarznięta i pokryta lodem, zaczęła trochę poznawać okolicę. To właśnie tędy uciekała przed wilkami, kiedy opuściła las. Nabrała więc otuchy, że może łatwiej jej będzie odnaleźć miejsce, gdzie ukryła w zaroślach małego Jeżyka. Ale przecież od tego czasu minął już rok, jaki ślad mógł pozostać tak długo!

Mama Jeżowa zaczęła tracić powoli nadzieję, ale uparcie podążała naprzód. Droga była miejscami przysypana śniegiem, miejscami zaś ziemię pokrywał topniejący powoli lód. Zima wyraźnie miała się ku końcowi, ale nocki były jeszcze bardzo chłodne i Mama Jeżowa, mimo że była opatulona w ciepły spencerek i wyszukiwała zaciszne kotlinki, marzła i rano zesztywniała ledwo miała dość sił, aby ruszać dalej. Najlepszym schronieniem były stare niezamieszkałe nory, a także duże sterty zeszłorocznych liści, które w kotlinki przywiały jeszcze jesienne wichury. Wówczas Mama Jeżowa zagrzebywała się głęboko i odpoczywała parę dni, aż znowu nabierała sił do dalszej wędrówki.

Tak mijały dni za dniami, las powoli przybliżał się, a i dnie stawały się nieco cieplejsze. Pewnego razu przechodząc koło pól, na których miejscami leżały topniejące płachetki śniegu, zauważyła gromadkę ćwierkających wesoło ptaszków. Były szare, niewielkie, podobne nieco do wróbli, ale wyglądały inaczej. Ujrzawszy Jeżową pozdrowiły ją przyjaźnie.

– Hej! A dokąd to wędrujesz o tej porze roku Pani Jeżowo? – zapytały z zaciekawieniem, – przecież to dopiero koniec zimy, wiosna jeszcze właściwie nie nadeszła, wszystkie dorosłe porządne jeże powinny spać, a przynajmniej siedzieć w swoich norach, a nie wędrować po zamarzniętych dróżkach.

– Ja nie mam swojej nory – powiedziała smutno Mama Jeżowa – a wędruję, bo szukam mojego synka, a wy, kto jesteście i co tu robicie na pustych polach?

– My jesteśmy skowronki – odpowiedziały – jesteśmy pierwszymi ptakami, które po zimie powracają z ciepłych krajów. Droga była bardzo ciężka długa i jesteśmy szczęśliwe, że bez złych przygód udało nam się powrócić do domu.

– Nie boicie się mrozów i że nic nie znajdziecie do jedzenia? – zapytała zdumiona Mama Jeżowa – przecież może przyjść zima z powrotem i co wtedy zrobicie?

– E, co tam! – odrzekł duży skowronek, który wyglądał na przywódcę gromadki. – Znajdziemy jakieś owady pod korą, ale czujemy, że niedługo będzie wiosna. Już miejscami widać zieloną oziminę i wkrótce nie będzie nas na polach widać, a tylko słychać. – To mówiąc, skowronek wzbił się szybko bardzo wysoko w niebo i wkrótce Mama Jeżowa usłyszała jego bardzo piękny świergot, prawdziwą pieśń wiosenną.

To spotkanie dodało jej nieco sił i pomyślała, że powinna właściwie być szczęśliwa, jeśli udało jej się przetrwać srogą zimę, to może i uda jej się odnaleźć małego Jeżyka. Ruszyła, więc w dalszą drogę. Teraz zaczęła już coraz dokładniej przypominać sobie, że właśnie tędy uciekała drogami, kiedy opuściła leśne ostępy. Poznawała pojedyncze duże przydrożne drzewa i wreszcie dotarła do dość szerokiej dróżki, która już bezpośrednio wiodła w stronę lasu.

Pewnego wieczoru stanęła już na skraju lasu. Było tu jeszcze sporo śniegu pod drzewami, a z głębi wiało chłodem. Las stał milczący i cichy, gdzieniegdzie słychać było tylko skapujące krople topniejących na gałęziach kiści. Mama Jeżowa zaczęła poszukiwania miejsca, gdzie zostawiła synka. Trudno było jednak dokładnie rozpoznać, które to zarośla młodych świerków. Wszystkie wydawały się podobne i wszystkie były nieco inne, przecież minął rok i młode drzewa urosły. Mama Jeżowa szukała i szukała, wreszcie zmęczona zrozumiała, że chyba tego miejsca na pewno nie potrafi odnaleźć. Zrozumiała także, że przecież jej mały Jeżyk nie mógł czekać na nią przez cały rok w tym samym miejscu. Zrozpaczona usiadła w małym zgłębieniu i zaczęła gorzko płakać.

 

 

A tymczasem w norce Jeżyka wszyscy zauważyli, że po wigilijnym święcie w lesie jakby trochę się zmieniło. Zimowe słoneczko przygrzewało nieco dłużej i wcześniej zaczynało się wyłaniać z porannych mgieł, które otaczały las. Spadło jednak znowu trochę świeżego śniegu, który teraz okrywał młode świerczki i sosenki. Jego duże gwiazdki błyszczały w słońcu. Mróz był niewielki i w samo południe krople topniejącego śniegu ściekały po gałązkach. Zamarzając wieczorem, tworzyły długie sople.

– Wyglądają zupełnie jak ozdoby na choinkę – mówił Jeżyk do Myszek, kiedy wyszli z norki i patrzyli na iskrzący się dookoła śnieg.

– Popatrz, popatrz Mamo! – pisnęła jedna z Małych Myszek, które cisnęły się w drzwiach wysuwając łebki – jak przez nie zaświeci słoneczko, to w każdym sopelku zapala się malutka tęcza.

– Bo to jest prawdziwa tęcza – wtrącił się z mądrą miną Tata Mysz – słyszałem, jak ludzie mówili, że to światło załamuje się w kropelkach wody w chmurach, kiedy na niebie pojawia się tęcza. Tutaj to samo pewnie dzieje się w każdym lodowym sopelku.

Wkrótce jednak mróz zaczął szczypać zwierzątka w łapki i uszka mimo zimowych ubranek, więc wszyscy schronili się w norce. Kiedy Jeżyk przygotował gorącą zupkę i rozlał ja do miseczek (nawet Małe Myszki miały swoje miseczki ze skorupek laskowych orzechów), wszyscy nabrali lepszego humoru. Zaczęła się wesoła zabawa, w której przewodziły Małe Myszki i ich kuzynka Myszka Leśna.

Tylko Jeżyk był milczący i nie brał w niej udziału. Ciągle bowiem zastanawiał się nad tym, co mówił jesienią stary jeż, a teraz potwierdziła Myszka leśna. Przecież to mogła być inna pani jeżowa, ale czy tak znowu często mamy gubią swoje dzieci? Na pewno chowając go w zaroślach, Mama ocaliła mu wówczas życie. Tak jak niedawno, narażając własne, zrobił Tata Mysz. A co teraz w środku zimy robiła jego Mama? Czy może też znalazła jakąś norę, czy może kuliła się z zimna w jakiejś rozpadlinie pod liśćmi? Jeżyk poczuł wielką tęsknotę, aby przytulić się znowu do swej Mamy.

Kiedy zapadł zmrok Myszki odeszły do swojej norki i Jeżyk został sam. Zrobiło się chłodno, więc szybko zakopał się w swoim legowisku i mimo że ciągle powracała do niego myśl o tym, co robi teraz jego Mama, szybko zmorzył go sen.

Przez następne dni pogoda była zmienna. Raz robiło się cieplej, śnieg zaczynał topnieć i słońce świeciło mocniej, a później znowu przychodził mróz, śnieżne zadymki i mieszkańcy starego dębu nawet nie mogli wystawić nosa na zewnątrz. Siedzieli wówczas w norce i zajmowali się różnymi sprawami, Mama Mysz porządkowała kuchnię i bez przerwy zamiatała podłogi, a Tata Mysz pomagał Jeżykowi reperować sprzęty i uszczelniać mchem ściany. Jeżyk jednak, ciągle nie mógł przestać myśleć o swojej Mamie. Pomimo, że udawał wesołość, bawił się z Małymi Myszkami, było mu smutno.

Wreszcie postanowił porozmawiać o tym ze swoim przyjacielem Borsuczkiem. Ten jednak bardzo długo nie pojawiał się na polanie pod starym dębem. Nic dziwnego w lesie leżał śnieg i nie było bezpiecznie, małe zwierzątka powinny siedzieć w swoich norach. Wreszcie zrobiło się naprawdę nieco cieplej, słoneczko przygrzewało dłużej i wszędzie dookoła słychać było kapanie wody z topniejącego na gałęziach śniegu. Gdzieniegdzie pojawiły się spod śniegu płachetki starej trawy i mech. Wtedy to właśnie przywędrował z wizytą Borsuczek. Jeżyk ogromnie się ucieszył i zaciągnąwszy go w ustronny kąt, zapytał:

– Czy ty może Borsuczku przypominasz sobie jak twoja mama, Pani Borsukowa znalazła mnie w ubiegłym roku w zimie w zaroślach? Przecież byłeś tam wtedy, więc na pewno pamiętasz gdzie to było.

– O co ci chodzi Jeżyku?– zdziwił się Borsuczek – przecież to było przeszło rok temu, ja byłem jeszcze bardzo małym zwierzątkiem i niewiele pamiętam. Wiem tylko, że to było w jakichś wielkich krzakach na skraju lasu. Po co ci ta wiadomość?

– Wiesz – odparł Jeżyk – pomyślałem sobie, że jeśli moja Mama mnie szuka, to na pewno będzie starać się powrócić do tego miejsca, gdzie mnie zostawiła.

– Hm, to mało prawdopodobne – powiedział po namyśle Borsuczek – najpierw nie wiadomo czy cię w ogóle szuka, a później czy w ucieczce zapamiętała miejsce gdzie cię zostawiła – powątpiewał.

Ale Jeżyk był uparty – myślę, że może twoja mama, Pani Borsukowa będzie pamiętała, gdzie mnie znalazła. Ja jestem pewien, że moja Mama na pewno mnie szuka – i opowiedział, co mówił stary jeż i Myszka Leśna.

– No to musimy iść do mojej nory – postanowił Borsuczek. – Mama ledwie, co się obudziła i nie jest w najlepszym humorze, ale spróbujmy.

Powędrowali więc lasem w kierunku nory Pani Borsukowej. Ścieżka była jeszcze pokryta lodem i bardzo śliska, ale Borsuczek znał przecież drogę i wkrótce dotarli na miejsce.

Pani Borsukowa otworzyła im drzwi, ale widać było, że nie bardzo jest zadowolona z wizyty. Była wyraźnie zaspana i niezbyt skora do przyjmowana gości. – Czemu tak sami łazicie po lesie? – Zgodziłam się wprawdzie, żebyś poszedł do Jeżyka, ale takie samotne spacery nie są bardzo bezpieczne – narzekała – jeszcze jest zima i trzeba uważać.

Borsuczek wytłumaczył, co ich sprowadza. – Pewnie tylko Ty Mamo pamiętasz, gdzie w ubiegłym roku znalazłaś Jeżyka w lesie – powiedział. – Jeżyk myśli, że jego Mama może go w tym miejscu szukać.

Pani Borsukowa namyślała się długo, zanim zdecydowała się na odpowiedź.

– Po pierwsze jest jeszcze za wcześnie, aby odbywać większe wędrówki po lesie, po drugie naprawdę nie bardzo dokładnie pamiętam, gdzie to było. Ale tak – rzekła po namyśle – tam w pobliżu rosły blisko siebie trzy bardzo wysokie świerki. To było chyba gdzieś po przeciwnej stronie, jak się idzie do nory Chomiczka. Tyle tylko mogę wam powiedzieć, a po trzecie to bardzo, ale to bardzo chce mi się spać. I pamiętajcie jeszcze musicie poczekać!

– No to cóż poczekamy, aż naprawdę nadejdzie wiosna – zdecydował, Borsuczek. Jeżyk musiał mu przyznać rację. Powrócili, więc do nory Jeżyka i Borsuczek rozgościł się w niej na dobre. Jeżyk był bardzo zadowolony, gdyż z przyjacielem czas jakoś biegł szybciej.

Minął znowu jakiś czas i chyba wszystkim wydawało się, że zima się naprawdę kończy. Jeżyk z Borsuczkiem postanowili, że spróbują odnaleźć miejsce, o którym powiedziała im Pani Borsukowa. Pewnego słonecznego poranka ruszyli w drogę. Jeżyk nie powiedział nikomu, gdzie się wybierają, mimo że Tata Mysz był bardzo ciekawy i nawet proponował, że z nimi wyruszy. Ale Jeżyk powiedział:

– Lepiej zostań w domu i pilnuj, żeby się nic złego nie przydarzyło. Przetrwaliśmy jakoś zimę i teraz trzeba myśleć, co robić dalej. – Przypuszczał, bowiem, że Tata Mysz doświadczony włóczęga, będzie chciał wraz z całą rodziną ruszyć w jakąś dalszą wędrówkę. A Jeżyk, który bardzo ich polubił chciał, aby pozostali z nim, co najmniej przez ten nowy rok.

Powędrowali więc leśną ścieżką, na której prawie nie było już śniegu. Postanowili, że jednak najpierw pójdą w kierunku nory Chomiczka, do której dobrze znali wszystkie ścieżki, później skręcą wzdłuż krawędzi lasu i będą szukać świerków, o których mówiła Pani Borsukowa. Po pewnym czasie wyszli z gęstego lasu i stanęli na jego krawędzi. Przed nimi rozpościerały się, pokryte jeszcze gdzieniegdzie śniegiem, pofalowane lekko pola. Tam gdzieś znajdowała się nora Chomiczka. Skręcili więc w prawo i szli teraz skrajem lasu, omijając większe zagajniki, głębokie rowy i samotnie rosnące brzozy. W pewnym momencie Jeżyk zatrzymał się nagle i zapytał Borsuczka:

– Słuchaj, ale właściwie powiedz mi, dlaczego skręciliśmy w tą stronę? – przecież równie dobrze mogliśmy skręcić w lewo.

– Właściwie to nie wiem – odparł niepewnie Borsuczek – tak mi się jakoś wydawało, że jak wtedy wracałem z Mamą, kiedy cię znaleźliśmy, to nadeszliśmy z tej właśnie strony, ale może ja się mylę?

Kiedy tak rozmawiali, usłyszeli z daleka postukiwanie. Nie było ono im obce, wiedzieli, że to gdzieś pracuje Pan Dzięcioł, widywali go lesie dość często, ale nigdy w zimie. Ta sama myśl przyszła im jednocześnie do głowy. Na pewno, kto, jak kto, ale dzięcioł będzie wiedział gdzie rosną poszukiwane przez nich trzy duże świerki!

Ruszyli, więc w kierunku skąd dochodził stukot i rzeczywiście po pewnym czasie dotarli do wielkiego starego buka. Wysoko w połowie pnia siedział Pan Dzięcioł, ale wyglądał inaczej niż te, które spotykali dotąd. Był cały zielony, tylko czapeczkę na głowie miał koloru czerwonego i pilnie stukał w drzewo.

– Dzień dobry! – pozdrowił go grzecznie Jeżyk. – Panie Dzięciole, mamy wielka prośbę, czy mógłby Pan nam pomóc i powiedzieć, czy tutaj w pobliżu rosną gdzieś trzy wielkie świerki?

– Ha, ha, ha! – zaśmiał się wesoło Dzięcioł – ależ to małe głupie zwierzątka! Przecież świerków tutaj jest nie trzy, ale mnóstwo, cały las. Jak wam mam odpowiedzieć na takie pytanie? A poza tym, kto wy jesteście? Nigdy dotąd was nie widziałem.

– Prawdę mówiąc – zabrał głos nieco poirytowany Borsuczek – my też nie widzieliśmy jeszcze dzięcioła z całkiem zielonymi piórami, a ten, co go znamy ma pióra czarne i białe, ale taką samą czerwoną czapeczkę. A jeśli chodzi o świerki, to pytaliśmy o trzy bardzo duże i rosnące bardzo blisko siebie świerki, a takich na pewno nie ma w lesie wiele.

No, no – odpowiedział dobrotliwie Dzięcioł – nie ma się, o co obrażać. Teraz was poznaję, to mały jeż i borsuk, a ja jestem Dzięcioł Zielony. Nie ma nas w lesie zbyt wielu, dlatego dotąd mnie nie spotkaliście. A jeśli chodzi o te świerki, to rzeczywiście niezbyt daleko stąd, jeśli dalej pójdziecie w tym samym kierunku, rosną takie wielkie świerki koło siebie i jest ich rzeczywiście trzy. Na co wam jednak potrzebna taka wiadomość? – zapytał z ciekawością.

– E, to nic ważnego – odpowiedział szybko Jeżyk – po prostu mamy się tam z kimś spotkać i tyle.

A zatem droga, którą przypadkowo obrał Borsuczek, okazała się dobra. A może gdzieś w jego pamięci utkwiły wspomnienia z tego powrotu, kiedy szybko wracali z Mamą do nory, aby uratować przemarzniętego, ledwie żywego małego Jeżyka?

Ruszyli, zatem dalej. Droga nie była zbyt łatwa, musieli przekraczać rozmokłe, pokryte topniejącym śniegiem ścieżynki, które prowadziły w głąb lasu, a także i głębokie zaspy, tam gdzie leżał cień od wysokich drzew. Zrobiło się już południe, byli porządnie zmęczeni, a wysokich świerków jakoś nie było widać. Minęli wreszcie dość szeroką, a nieznaną im drogę, która prowadziła gdzieś do odległych pól i właśnie, kiedy zniechęcony, Borsuczek miał już zaproponować odwrót, Jeżyk krzyknął i wskazał łapką:

– Patrz, patrz! To chyba tam, troszkę dalej od drogi, widać czubki trzech wysokich drzew. To na pewno nasze świerki! Wreszcie dotarliśmy do tego miejsca, gdzie zostawiła mnie Mama!

– Dobrze, dobrze – marudził zmęczony już porządnie Borsuczek – ale co dalej, przyjdziemy tam, chociaż to jeszcze kawał drogi i co?

Ale Jeżyk nie bardzo nawet słuchał narzekania swojego przyjaciela, tylko tak szybko jak mógł, podążał ledwo widoczną ścieżynką wzdłuż lasu w kierunku szukanych drzew. Było to jeszcze dosyć daleko. Kolejną przeszkodą okazał się dość głęboki rów, w którym szumiał niewielki, ale rwący potoczek, wypływający gdzieś na pola.

– Chyba to już naprawdę będzie wiosna – zauważył, Borsuczek, któremu przeszedł szybko zły humor, kiedy widział, z jakim przejęciem Jeżyk wędruje drogą – tutaj nawet pokazały się kaczeńce, patrz te żółte, całe ich pęczki nad strumykiem.

Po dłuższych poszukiwaniach znaleźli jakiś grubszy pniak przerzucony nad strumykiem, przekroczyli go i ruszyli dalej. Wreszcie byli już blisko. Rzeczywiście nad samym skrajem lasu nieopodal gęstych zarośli strzelały w niebo trzy ogromne, proste świerki,

Jeżyk podążał przodem, za nim kroczył Borsuczek. Nagle Jeżyk gwałtownie się zatrzymał.

– Patrz – wyszeptał drżącym ze wzruszenia głosem – tam ktoś jest, ktoś tam siedzi na pniu w cieniu drew.

– Niemożliwe – odparł Borsuczek – chyba ci się coś wydaje, to niemożliwe, któżby to mógł być teraz w lesie!

Ale Jeżyk nie słuchał, pędem podbiegł do drzew i wtedy…

I wtedy zobaczył. Tam naprawdę stała jego Mama, jego prawdziwa Mama, jakaś mniejsza, starsza, ale na pewno jego własna Mama! Po posiwiałym pyszczku spływały jej wielkie łzy, kiedy szeptała drżącym ze wzruszenia głosem:

– To ty Jeżyku, to ty mój mały synku!

Jeżyk z okrzykiem radości rzucił się w ramiona swojej Mamy, uściskom nie było końca.

Borsuczek z otwartym ze zdumienia pyszczkiem przyglądał się, nie wierząc do końca temu, co widzi.

I tak wreszcie Pani Jeżowa odnalazła swego synka. Wszyscy szczęśliwi powrócili do domu, opowiadaniom nie było końca. A co było dalej to już zupełnie inna opowieść.