Menu
  • Link do mapy serwisu
  • Pl
  • 18. Jak Jeżyk uciekał przed ogromnym wilkiem
  • 18. Jak Jeżyk uciekał przed ogromnym wilkiem
 

18. Jak Jeżyk uciekał przed ogromnym wilkiem

Mimo, że w norce Jeżyka wszyscy sobie pomagali, a ich mieszkanko było naprawdę ciepłe i dobrze zaopatrzone, zimowe tygodnie były bardzo trudne. Przyszedł bowiem ogromny mróz. Powietrze było lodowate, wiał nieustannie mocny, północny wiatr, śnieg tworzył wielkie zaspy. W nocy, gdy mróz był największy, słychać było jak nawet duże gałęzie łamały się pod ciężarem śnieżnych kiści. W dzień słoneczko świeciło krótko i nisko nad lasem, a długie niebieskie cienie drzew kładły się na polance. Wkrótce zapadał zmrok.

Jeżyk wychodził rzadko ze swego mieszkania, tylko żeby nazbierać nieco chrustu na opał lub zebrać trochę śniegu, który potem Mama Mysz topiła w garnuszkach i wszyscy mięli wodę. Pewnego ranka, kiedy wiatr ustał i pokazało się słoneczko Jeżyk postanowił pójść nieco dalej w las, mimo że nadal było bardzo mroźno. Blisko dębu, bowiem wszystkie małe gałązki były albo już wyzbierane, albo przysypane śniegiem.

– Nie odchodź daleko Jeżyku – ostrzegał Tata Mysz – to niedobra pora, duże zwierzęta są głodne i polują, to czas wilków – dodał.

– E tam – odpowiedział Jeżyk – nikt już dawno nawet nie wspominał o wilkach. Gdyby się tu pokazały na pewno ostrzegłaby nas wszystkich wszędobylska sroka.

– Sroki nie ma teraz w lesie – wtrącił Borsuczek, który od paru dni gościł u Jeżyka i jakoś trudno mu było wrócić do swego domu. Bał się trochę zapuszczać samemu w las zimową porą, a poza tym dobrze mu się siedziało w Jeżykowej norce, gdzie gospodarzyła z zapałem Mama Mysz. Właśnie ona podtykała im, co chwila pod noski coś dobrego do zjedzenia.

– Co tam głupia sroka może wiedzieć – powiedział niezbyt grzecznie Jeżyk – idę, bo gałązki na opał się kończą i będzie zimno.

– A ja wolę zimno niż teraz samemu chodzić daleko w las – odrzekł Borsuczek i wsunął się głębiej do norki, bo Jeżyk już otworzył drzwi i mroźne powietrze wtargnęło do środka.

– No cóż, chyba muszę iść z tobą – zdecydował się nagle Tata Mysz – we dwóch szybciej przyniesiemy zapas drewienek.

Pomaszerowali ścieżką w głąb lasu, a właściwie nie ścieżką, bo pod śniegiem nie było jej widać, tylko tam, gdzie śnieg był nieco mniejszy. Znali zresztą dobrze tą drogę, ale teraz w zimie wszystko było trochę inne. Śnieg pokrywał młode świeczki i jodełki prawie po same czubki. Na kolczastych gałązkach tarniny też było dużo śniegu, tylko wielkie liściaste drzewa były mniej ośnieżone. Stary dąb natomiast, który nie zrzucał jak inne drzewa suchych liści, cały był zasypany śniegiem.

W głębi lasu, tam gdzie drzewa rosły gęściej, słońce nie dochodziło i tylko miejscami biało-niebieskie plamy na śniegu znaczyły miejsca, gdzie drzewa rosły rzadziej. Właśnie pod dużymi drzewami leżało sporo opadłych, suchych gałązek, które postrącały zimowe wichury.

Kiedy Jeżyk pochylił się po kolejną gałązkę, zauważył duże okrągławe zagłębienie w śniegu. I to nie jedno, a cały szereg zagłębień prowadził w kierunku gęstwiny.

– Cóż to może być? – zastanawiał się Jeżyk – na pewno czyjeś ślady, ale czyje? Są ogromne i bardzo, bardzo głębokie. Jakieś wielkie i ciężkie zwierzę musiało je zrobić. Takiego wielkiego zwierzęcia chyba nie ma w lesie. – Co ty o tym myślisz – zwrócił się do Taty Myszy. Tata Mysz tylko spojrzał na ślady na śniegu i całe futerko zjeżyło mu się ze strachu. Ledwie mógł wyszeptać, dzwoniąc ząbkami:

– To wilki! Na pewno wilki – trząsł się ledwie żywy – mój tato mi mówił, że wilki chodzą tak, że każdy następny wkłada łapy w ślad wyprzedzającego, wtedy nie widać, ile ich przechodzi, bo zostaje tylko jeden trop, tyle, że trochę głębszy.

Jeżyk tym razem przeraził się naprawdę, gdzieś znikła cała jego odwaga.

– Zróbmy jeszcze parę kroków – wyszeptał – tam w stronę tej dużej sosny, tam leży bardzo dużo gałązek i szyszki, one są dobre do palenia.

– Zawracajmy zaraz – pisnął równie przerażony Tata Mysz – z wilkami nie ma żartów!

Ale Jeżyk był uparty. Zagajnik był przecież nieco dalej niż sosna, do której chciał dojść i wszędzie było cichutko, nic się nie ruszało, nie drgnęła nawet najmniejsza gałązka, cisza aż dzwoniła w uszach.

Jeżyk szybko podreptał w stronę starej sosny, Tata Mysz został nieco w tyle. Jeżyk zebrał parę gałązek i właśnie schylał się po następną, gdy z krzaków w zagajniku nagle posypało się trochę śniegu. Jeżyk podniósł głowę i wtedy go zobaczył!

Na tle szarych gałęzi, prawie niewidoczny, stał ogromny bury wilk! Żółte, nieco skośne ślepia patrzyły wprost na Jeżyka, szpiczaste uszy sterczały w górę, podwinięty ogon lekko się poruszał. Wilk dojrzał Jeżyka, ale chyba był zaskoczony. Zobaczył wprawdzie jakieś małe, bardzo podobne do jeża zwierzątko, ale zamiast igieł miało ono na sobie dziwną czerwoną w kratkę skórę! Wilk zawahał się więc przez chwilę, zanim skoczył w kierunku Jeżyka.

Jeżyk zawrócił błyskawicznie, rzucił uzbierane gałązki i co sił w małych nóżkach popędził na oślep przed siebie. Nie wiedział, w którym kierunku uciekać, wytężał tylko wszystkie siły, aby umknąć przed potworną, szybką jak błyskawica bestią.

Na szczęście, w tym właśnie miejscu śniegu było bardzo dużo i wilk zapadał się prawie po brzuch, nie mógł więc biec szybko. Ale Jeżyk mimo tego nie miał żadnych szans. Jeszcze parę sekund i wilk był tuż, tuż. Kątem oka dostrzegł Jeżyk otwarty pysk, czerwony jęzor i błyszczące kły.

W tym momencie, kiedy Jeżyk czuł, że nadchodzi nieuchronny koniec, Tata Mysz dokonał czynu naprawdę bohaterskiego. Piszcząc głośno, rzucił się pomiędzy Jeżyka a biegnącego za nim trop w trop prześladowcę. Zdziwiony wilk, widząc zbiegające mu drogę drugie jeszcze mniejsze stworzenie, także odziane w jakąś dziwną czerwona skórę, zatrzymał się w miejscu. Nie wiedział przecież, że oba zwierzątka miały na sobie ciepłe czerwone kubraczki na zimowa porę.

Wilk szybko jednak ruszył do przodu, tym razem gonił Tatę. Tata Mysz kluczył zręcznie, okrążając bliziutko niskie krzaczki. Strącany z nich przez wilka śnieg zasypywał mu ślepia i nie mógł też skręcać tak szybko, bo był przecież ogromny i ciężki. Wilk nie ustawał mimo to w pogoni i nadal zajadle ścigał Tatę. Odległość pomiędzy nimi gwałtownie malała. Tata Mysz był coraz bardziej zmęczony, brakowało mu sił na długi bieg w głębokim śniegu. Na szczęście w pewnej chwili, gdy wilk był już blisko, Tata Mysz ujrzał w mijanym właśnie drzewie coś ciemnego u nasady pnia. Wyglądało to jak dziupla. Nie było chwili czasu do namysłu. Tata Mysz skoczył, myśląc, że gdy zagłębienie będzie płytkie, to będzie to jego ostatnia chwila. I o dziwo! Zniknął wilkowi sprzed nosa w wypróchniałym otworze po ułamanej gałęzi. Wilk stanął ogłupiały, sięgnął łapą, ale otwór był za wąski i już wiedział, że mniejszy zwierzak mu umknął. Nie myślał przecież całą noc czatować pod drzewem, a poza tym zdobycz byłaby malutka, ot żeby coś przegryźć.

Wilk więc zawrócił, przecież gdzieś tutaj był jeszcze ten pierwszy, większy zwierzaczek. Ale Jeżyk zdążył odbiec już dość daleko. Wilk ujrzał wprawdzie jego ślad i ruszył powoli tropem, ale natrafił na duże i gęste zarośla tarniny. Wsadził w nie pysk węsząc i pokłuł się boleśnie w nos. Zrezygnowany, zawrócił, poczuł zapach dużego zająca i postanowił na niego zapolować.

Właśnie w gęstych krzewach kolczastej tarniny ukrył się Jeżyk. Tam odnalazł go po wielu godzinach Tata Mysz. Jeżyk nic nie mówiąc, uściskał go gorąco za uratowanie życia.

Długo trwało, kiedy wreszcie późną porą, ledwie żywi po przebytych strasznych chwilach grozy, wrócili na polankę. W starym dębie wszyscy czekali, bardzo zmartwieni ich nieobecnością. Pełni przerażenia wysłuchali opowieści o spotkaniu z wilkiem, ciesząc się, że ta straszna przygoda skończyła się szczęśliwie.

All rights reserved © 2017 Akademia Górniczo-Hutnicza