Menu
  • Link do mapy serwisu
  • Pl
  • 11. Jak Jeżyk zrobił sobie koszyczki i garnuszki
  • 11. Jak Jeżyk zrobił sobie koszyczki i garnuszki
 

11. Jak Jeżyk zrobił sobie koszyczki i garnuszki

Kończyło się lato i w lesie pełno było jagód. Gdzieniegdzie czerniły się jeszcze borówki, a kolczaste krzaki malin uginały się pod owocami. Zaczynały też dojrzewać ostrężyny. Jeżyk z przyjaciółmi prawie codziennie, gdy tylko skończyły się lekcje w szkole, wyprawiał się w głąb lasu na jagody. Niestety nie zawsze mógł je przynosić do domu, aby pałaszować je wieczorem, kiedy znowu miał pusty brzuszek, a w lesie było już ciemno. Borsuczek bowiem, który zawsze dotąd przynosił koszyczek, coraz częściej zjawiał się na spotkanie z pustymi rękami.

– Nie dostałem dzisiaj koszyczka od Mamy – tłumaczył się zafrasowany przed przyjaciółmi. – Mama powiedziała, że wszystkie koszyczki ma zajęte i nie może teraz ich pożyczać. Znowu robi zapasy na zimę, konfitury, suszone owoce i ciągle coś przynosi z lasu.

– A czy to tak trudno zrobić koszyczek? – zapytała Wiewiórka – a cóż to takiego, trochę patyków poprzeplatanych cieńszymi gałązkami i wszystko.

– Spróbuj więc, jeśli jesteś taka zręczna – powiedział Jeżyk – mnie się wydaje, że to wcale nie jest takie proste.

– A pewnie, że zaraz popróbuję – odrzekła zaczepnie Wiewiórka – i zobaczycie jaki będzie piękny koszyk z tych gałązek.

To mówiąc, zręcznie wdrapała się na niewielką leszczynę, poobcinała kilkanaście gałązek, obdarła je z listków i kory i zabrała się do pracy. Jeżyk i Borsuczek patrzyli na nią pełni niedowierzania. Czy naprawdę potrafi sama robić piękne koszyki, o które tak zawsze dbała Mama Borsukowa? Przecież ile razy pożyczała im koszyczek na jagody, zawsze upominała, aby go nie zniszczyli, więc chyba nie łatwo jest taki koszyk zrobić.

Wątpliwości, które nurtowały dwóch przyjaciół prędko znalazły potwierdzenie. Na próżno Wiewiórka usiłowała zaplatać gałązki. Kiedy tylko złożyła dwa, albo trzy patyczki, zaraz ich końce zaczynały się rozsuwać i to, co trzymało się razem na początku, już zanim skończyła pracę, rozdzielało się. Wiewiórka starała się jakoś temu zaradzić, nóżkami trzymała końce patyczków, a łapkami zaplatała jeden za drugi. W najlepszym razie wychodziło jednak z tego coś podobnego do warkoczyka, coś, co mimo wszystko nie przypominało wcale koszyczka.

– Ha – powiedział z przekąsem Borsuczek – coś nie widać tego twojego koszyczka, a takie to miało być łatwe. To mówiąc, trącił łokciem Jeżyka i zachichotał cichutko.

– To wszystko przez was! – wrzasnęła zezłoszczona nie na żarty Wiewiórka. – Zamiast mi pomagać, stoicie tu i robicie głupie miny, a ja się męczę.

– Sama przecież nam mówiłaś, że zaraz koszyczek będzie gotowy, ale teraz widzisz, że to niełatwe. Chodź Jeżyku, pomożemy jej – odparł Borsuczek.

We trójkę starali się teraz poskładać niesforne gałązki, ale po długiej chwili, kiedy to tylko było słychać sapania i pomruki takie jak: – Trzymaj tu! Teraz ten patyczek! Prędko, bo się znowu rozsuwa! – Usiedli wszyscy troje spoceni i zmęczeni. To, co zrobili leżało przed nimi i przypominało trochę plecioną wycieraczkę przed drzwi.

– To nie jest takie proste – przyznała Wiewiórka.

– Po prostu trzeba wiedzieć, jak się robi koszyki i zaplata gałązki – oświadczył stanowczo Jeżyk.

– Kto by nas tego nauczył? – zastanawiał się Borsuczek.

– Może Dziadek Bóbr będzie wiedział, jak się to dobrze robi – podsunęła Wiewiórka – chodźmy teraz do niego.

Ruszyli więc znaną im już dróżką. Wśród gęstych starych sosen panował miły chłód. Wkrótce zabłysnęło jeziorko, a później strumyk zaszemrał przy ścieżce. Zwierzątkom wydawało się, że jest on znacznie mniejszy niż wtedy, kiedy przyszły tu wiosną obudzić Dziadka Bobra z zimowego snu.

– Popatrzcie – rzekła idąca przodem Wiewiórka – chyba ten strumyczek wysycha, taki się zrobił malutki.

– Dawno nie padał deszcz – odparł Borsuczek – ale rzeczywiście wody w nim niewiele.

– Popatrzcie, popatrzcie! – zawołał nagle Jeżyk. – Dziadek naprawił starą tamę, spójrzcie, co się stało.

Rzeczywiście, w poprzek strumyczka ułożona była wysoka zapora ze zwalonych pni przetykanych gałęziami, uszczelnionych gliną. Powyżej tamy strumyczek rozlewał się szeroko, tworząc nowe jeziorko. Przy brzegu leżało mnóstwo świeżych wiórów, gałęzi, a wśród nich krzątał się energicznie Dziadek Bóbr. Na widok przyjaciół plasnął radośnie ogonem.

– O jak to miło! – zawołał – żeście mnie odwiedzili, pewnie macie jakieś kłopoty, a może trzeba znowu robić stołeczki? – zażartował wesoło.

– Nie Dziadku – odparł Jeżyk – nie potrafimy zrobić koszyczka, który jest nam bardzo potrzebny do zbierania leśnych jagód i myśleliśmy, że ty na pewno to potrafisz i nam pomożesz.

– Ha! – powiedział Bóbr, musnąwszy wąsa – prawdę mówiąc, to nie robiłem nigdy koszyczków, ale wiem, że potrzeba do tego gałązek wiklinowych, one są giętkie i najlepiej się do tego nadają.

– Ale skąd wziąć wiklinę? – Spytała Wiewiórka.

– O to nie ma kłopotu, rośnie jej tutaj, przy brzegu jeziorka, bardzo dużo – odparł Bóbr – zaraz ją pościnam i namoczę w wodzie, aby jeszcze łatwiej dała się zginać.

– I co dalej? – Zafrasował się Jeżyk – kto nam pokaże, jak się plecie?

– Mam pomysł – zawołał po chwili zastanowienia Dziadek Bóbr – tutaj w zaroślach mieszka stary Pająk Krzyżak, mój znajomy. On każdego ranka buduje wspaniałą sieć, na pewno nam coś doradzi.

Ruszyli więc w stronę zagajnika, gdzie w słońcu błyszczała rzeczywiście rozpięta na gałęziach ogromna sieć Pająka Krzyżaka. Gdy tylko trącili misterną siatkę, pająk wybiegł szybko ze swego schowka.

– A to ty Bobrze! – zawołał – już myślałem, że to duża, smaczna mucha wpadła mi do sieci, a to, kto taki? – Dodał, patrząc swymi ośmioma oczkami na małych przyjaciół.

– Słuchaj Pająku – rzekł Bóbr – to są moi przyjaciele Jeżyk, Borsuczek i Wiewiórka. Mamy prośbę, czy ty możesz nam doradzić, jak zrobić z wikliny pleciony koszyczek?

– Ho, ho – zawołał pająk – wiklina to nie pajęcza nitka, ale pokażę wam, jak ja zaplatam moją sieć, może to wam coś pomoże.

To mówiąc, pająk zaczął robić drugą sieć i jednocześnie objaśniał:

– Najpierw robię kilka mocnych nici, które łączą się w środku i tworzą jakby gwiazdę.

– Zróbmy to samo – zawołała Wiewiórka – wybierzmy kilka grubych gałązek i zwiążmy je bardzo mocno w środku siną trawą.

Z pomocą Dziadka Bobra zwierzątka zrobiły z grubych gałązek wikliny gwiazdę, jak im poradził pająk.

– A teraz – zawołał stary Krzyżak – przędę nitkę dookoła, rozpoczynając od środka, no i zaraz sieć będzie gotowa.

– Acha! – ucieszył się Jeżyk – teraz rozumiem, trzeba wziąć cienkie patyczki i zaplatać je dookoła tych ramion, a wtedy będzie już zrobione dno koszyka.

– A później odegniemy gałązki do góry i dalej będziemy przez nie przeplatać witki wikliny i tak zrobimy ściany – uzupełnił jego myśl Borsuczek.

Z pomocą Dziadka Bobra praca szybko postępowała naprzód. Bóbr doradził, aby te cienkie witki, które przeplatali, przecinać wzdłuż, przez co stałyby się płaskie i jeszcze lepiej trzymały się między większymi gałązkami. Wkrótce też pierwszy koszyczek, może jeszcze nie całkiem kształtny był gotowy.

– Dziękujemy Pająku, doprawdy nam pomogłeś, teraz już sami potrafimy robić koszyki – zawołali mali przyjaciele.

– Nic wielkiego – odparł Pająk Krzyżak – gdybyście gdzieś zobaczyli tłuste muchy, powiedzcie im, że tu mam na nie doskonałe sieci – to mówiąc, zniknął w swej norce.

– Niezbyt jest miły – powiedziała Wiewiórka.

– To stary rozbójnik – odrzekł Bóbr, ale dzięki niemu mniej tu nieco nad jeziorem komarów i much, które mi mocno dokuczają. Jeszcze zrobicie rączkę z wikliny – o tak i koszyczek jest niezły – dodał, patrząc na ich dzieło

– Wiecie – powiedział po chwili – jeśli już zabraliście się do robienia koszyczków przydatnych do domowego gospodarstwa, to może zrobiłbyś sobie Jeżyku gliniane talerze i garnuszki. Mam tutaj doskonałą glinę, która służy mi do uszczelniania tamy i mogę wam pomóc.

– O dziękuję – zawołał ucieszony Jeżyk, bardzo brakuje mi garnuszków, mam tylko jeden ze skorupki od orzecha.

– No to do roboty – zakomenderował Bóbr – najpierw trzeba dobrze wymieszać glinę z wodą – i poprowadził ich na miejsce, gdzie w wygrzebanym dole znajdowała się tłusta, żółta glina.

– Ojej! – zawołał Borsuczek – ale my strasznie uwalamy łapki i futerka!

– Nic nie szkodzi, umyjecie je później w strumyczku – odparł Bóbr, mieszając energicznie glinę łapami.

Zwierzątka przystąpiły do pracy. Z miękkiej gliny łatwo dały się uformować garnuszki, a nawet talerzyki. Najlepiej udawały się one Wiewiórce. Szybko i zręcznie obracała ona w łapkach kawałek gliny, który po chwili zamieniał się w zgrabny garnuszek. Jeżyk z Borsuczkiem robili z gliny małe wałeczki i przylepiali je z boków garnuszka, tworząc w ten sposób uszka. Wkrótce na trawie stały szeregiem dzbanuszki, talerzyki, a na samym końcu wielki garnek, który zrobili własnymi siłami.

– Doskonale – pochwalił Dziadek Bóbr – bardzo to pięknie zrobiliście. Teraz trzeba je jeszcze wysuszyć i wypalić w silnym ogniu. Ale tym to zajmę się już ja sam. A teraz czas na was, bo robi się późno i zaraz będzie ciemno w lesie.

Zwierzątka podziękowały serdecznie za pomoc i popędziły ścieżką, gdyż w lesie naprawdę zapadał zmrok. Ledwo, więc zdążyły na czas powrócić do swoich norek.

W kilka dni później Dziadek Bóbr przyniósł i postawił przed domkiem Jeżyka, który był wtedy w szkole, koszyczek pełen ślicznie wypalonych glinianych naczyniek. Jeżyk ustawił je w swojej spiżarni i pomyślał, że Dziadek Bóbr jest naprawdę ich wielkim przyjacielem.

All rights reserved © 2017 Akademia Górniczo-Hutnicza