5. Jak Jeżyk zrobił zeszyt i atrament

Po powrocie ze szkoły Jeżyk długo zastanawiał się, z czego by tu zrobić zeszyt i atrament, ale jakoś nic mu nie przychodziło do głowy. Po południu zjawił się Borsuczek. Minę miał zafrasowaną.

– Wiesz – powiedział – cały czas myślę o tym zeszycie i atramencie do szkoły. Przedtem Mama nam po prostu przynosiła do klasy atrament i zwinięte paseczki kory, a w tym roku kazała pomyśleć.

– A może ona chce, żebyśmy sami to zrobili, bez jej pomocy – zastanawiał się Jeżyk, – może to takie zadanie domowe?

– Może – zgodził się Borsuczek – trzeba będzie się zapytać znajomych zwierzątek. Chodź, przejdziemy się trochę, pewnie kogoś spotkamy.

Poszli, więc obaj drogą, która prowadziła przez zagajnik, w kierunku pól. Kiedy byli już na łące, ukazał się, kicając powoli miedzą, Starszy Zajączek.

– A to wy – powiedział. – Macie już zeszyty? Bo ja nie.

– My też nie mamy – odparli obaj przyjaciele.

– A w tamtym roku pisaliśmy na korze, pamiętasz Borsuczku – rzekł Zajączek – taka to była jakaś cienka kora.

– I była prawie biała – dorzucił Borsuczek.

– Słuchajcie, a które drzewo ma białą korę? – Podsunął Jeżyk. – I do tego cienką?

– Na pewno nie dąb – zaśmiał się Borsuczek – no i nie buk, nie sosna, ani wierzba.

– Już mam! – Wykrzyknął Zajączek. – Brzoza ma białą korę. Ta kora jest cienka, wiem na pewno, bo w zimie trochę ją obgryzaliśmy na młodziutkich brzozach. Nic innego nie było do jedzenia – dodał nieco zawstydzony.

– Biegnijmy zobaczyć – niecierpliwił się Jeżyk – tam w zagajniku rośnie kilka brzóz.

Brzozy szemrały na wietrze drobnymi listkami. Były rzeczywiście białe, ale ich kora na grubych pniach była twarda i popękana.

– To nie taka – nie dawał za wygraną Zajączek – to musi być cienka gałązka, ona ma korę miękką, o tutaj patrzcie leży kawałek gałęzi. Właśnie wtedy na tym pisaliśmy – zawołał z triumfem i oddarł kawałek cienkiej, brązowawo-białej kory, która zupełnie przypominała papier.

– Dobra jest – krzyknął Borsuczek – mamy zeszyty. Poczekajcie, trzeba ją ostrożnie zerwać z tej gałęzi, tak żeby się nie podarła.

Okazało się, że oderwane kawałki kory składają się jeszcze z kilku warstewek, które delikatnie oddzielone, są cieniutkie, a jednocześnie bardzo mocne. Układali, więc starannie jeden arkusik na drugim na trzy stosy. Zajączek liczył i uważał, żeby na wszystkich trzech stosach była ta sama liczba kartek. Kiedy już zawołał „pięć”, Borsuczek zadecydował, że to wystarczy.

– Teraz zagniemy każdy arkusik w połowie – komenderował Borsuczek – ty Jeżyku zrób tu dwa otwory szpilką sosnową, a Zajączek niech przewlecze przez nie cienkie i mocne włókno z trawy. Jeszcze zrobimy węzełek i gotowe.

– Aha – rzekł Jeżyk – po zagięciu pięciu kartek będziemy mieli dziesięciokartkowe zeszyty. Powiązane razem kartki będą się mocno trzymać.

W chwilę później każdy z przyjaciół trzymał już w łapkach piękny zeszycik z kartkami z brzozowej kory.

– No dobrze – powiedział zadowolony z siebie Zajączek, bo to on właśnie przypomniał sobie o brzozie – mamy już zeszyty, ale co będzie z atramentem?

– Nie wiem – odparł Jeżyk, ale wracajmy do domu, bo robi się późno.

Kiedy szli przez las, z oddali dobiegły ich odgłosy jednostajnego postukiwania. Puk-puk-puk, słychać było gdzieś wysoko na jednym ze świerków.

– Aha – ucieszył się Borsuczek – to Dzięcioł. Może on coś będzie wiedział o czarnym atramencie. Sam przecież ma czarne piórka, a tylko na głowie nosi czerwony kapelusik.

– Dzięciole – zawołał, zadzierając głowę – to ja Borsuczek z przyjaciółmi, czy możemy cię o coś zapytać?

– Proszę bardzo – odrzekł Dzięcioł wychylając głowę z za pnia, który pilnie ostukiwał – proszę bardzo, o co wam chodzi?

– Czy nie wiesz przypadkiem, z czego można by zrobić czarny atrament? – Zapytali wszyscy trzej jednocześnie.

– Atrament? – zdziwił się Dzięcioł. Czy może chodzi wam o taki czarny płyn, który zazwyczaj ludzie używają do rysowania tego, no jak to się tam nazywa, no liter i całych napisów?

– Tak, właśnie o atrament.

– Hm – zamyślił się Dzięcioł – dużo o nim nie wiem, ale słyszałem, że Stara Sowa, kiedy zaczynała pisać swój pamiętnik też szukała atramentu. Pewnie wie, z czego można go zrobić. Ona mieszka niedaleko stąd, tam gdzie rosną duże sosny.

Zwierzątka podziękowały i popędziły ścieżką w zapadającym zmierzchu, w kierunku widocznych z daleka, połyskujących czerwonawą korą w zachodzącym słońcu, sosen. Na najwyższej z nich, wtulona w rozwidlenie pnia siedziała w swym gnieździe Stara Sowa. Pomimo, że była wiekowa i nie miała już dobrego wzroku, zauważyła ich z daleka.

– Co wy tu smyki włóczycie się tak późno po lesie – zahuczała – dalej, zmykajcie do domu!

– Pani Sowo – powiedział bardzo grzecznie Zajączek – przyszliśmy tutaj do Pani z prośbą. Dzięcioł powiedział nam, że tylko Pani wie, z czego robi się atrament, a my go potrzebujemy do szkoły.

– Dobre sobie – zaśmiała się widocznie ubawiona Sowa – takim smarkaczom potrzeba atramentu! A który z was wie, gdzie rośnie stary dąb, ten na skraju niewielkiej polanki?

– Ja tam mieszkam – rzekł nieśmiało Jeżyk.

– To doskonale – zawołała Sowa – a wiesz, co to są galasówki, mój mały?

– Czy to może takie duże żółtawe kulki, które rosną sobie na niektórych liściach dębowych? Tam ich jest bardzo dużo.

– Właśnie – odparła Sowa – z nich można zrobić atrament. Trzeba je pokrajać na kawałeczki i wygotować, a zobaczycie, co z tego wyniknie. A teraz: do widzenia! Ciemno się robi, dawno już powinniście być w norach.

Zwierzątka, które bały się trochę Starej Sowy, pożegnały ją szybko. Zajączek pokicał na łąkę, gdzie pod miedza miała obszerne gniazdo Mama Zającowa. Umówili się, że jutro, po zajęciach w szkole spróbują zrobić atrament.

Na drugi dzień po południu, spotkali się pod starym dębem u drzwi norki Jeżyka. Borsuczek przytaszczył pożyczony od Mamy Borsukowej duży gliniany garnek, a w nim kawałeczek żarzącego się węgielka. W wykopanym dołku rozpalili niewielkie ognisko. Wkrótce zabulgotała woda. Zajączek przyniósł ze sobą trzy skorupki od orzechów na atrament, a Jeżyk prędko wydrapał się na wysoki konar dębu i zrywał galasówki. Zajączek ciął je ząbkami na kawałeczki, a Borsuczek wrzucał je do garnka i cały czas mieszał w nim dużym patykiem.

– Czy galasówki to są owocki? – Zapytał Zajączek – one są bardzo gorzkie.

– Nie – odparł Borsuczek – pytałem o to Mamy, nie mówiąc oczywiście, o co chodzi. Odpowiedziała, że to taka choroba dębu. Galasówki wyrastają, gdy malutka osa nakłuje liść. Ona tam składa jajko. Z nich wylęga się gąsienica i siedzi w środku.

– Ojej – wykrzywił się Zajączek – a ja to brałem do pyszczka!

– Nic nie szkodzi, przecież ich nie jadłeś. Zajrzyjmy lepiej do garnka – niecierpliwił się Jeżyk – może już gotowe?

Rzeczywiście, wygotowane galasówki zamieniły wodę w garnku w czarną gęsta ciecz. Był to właśnie najprawdziwszy atrament.

– Udało się! Udało się! – zawołali uradowani przyjaciele. Zaraz napełnili nim skorupki i starannie je zamknęli.

I tak Jeżyk, Borsuczek i Zajączek pierwsi przynieśli do szkoły zeszyty i atrament.