Menu
  • Link do mapy serwisu
  • Pl
  • 3. Jak Jeżyk pomógł Bocianowi
  • 3. Jak Jeżyk pomógł Bocianowi
 

3. Jak Jeżyk pomógł Bocianowi

Pewnego dnia Jeżyk powędrował aż na sam skraj lasu, tam gdzie znajdowały się podmokłe łąki, a wąziutka strużka tworzyła miejscami niewielkie mokradełka porosłe sitowiem. Na skraju lasu, u stóp starych brzóz zakwitły ogromne ilości żółtych pierwiosnków i Jeżyk postanowił zanieść pęczek kwiatów Mamie Borsukowej.

Kiedy dotarł wreszcie na miejsce, zobaczył na łące nie kogo innego, a samego Pana Bociana, który kroczył zaaferowany na swoich czerwonych, długich nogach. Wyglądał na bardzo zmartwionego.

– Dzień dobry – powiedział grzecznie Jeżyk – widzę, że już pan powrócił z ciepłych krajów – czy podróż się udała?

– A tak, a tak – odpowiedział bociek niechętnie – właśnie podróż była nawet niezła, ale tutaj w rodzinnym moim miejscu mam ogromne kłopoty, doprawdy ogromne, mój mały przyjacielu.

To mówiąc, patrzył na Jeżyka niecierpliwie i wydawało się, że chce jak najszybciej zakończyć tą rozmowę. Ale Jeżyk był ciekawski.

– Czy coś się może stało w pana gnieździe? Dopytywał się nadal.

– Nie w gnieździe, ale z gniazdem – odrzekł z naciskiem Bocian i ciągnął nadal zgryźliwie – właściwie to też nie z gniazdem, gdyż go już teraz nie mam. Rozleciało się, po prostu rozleciało się na cztery wiatry. Chyba tej zimy musiały tu być straszne śnieżyce i wichury, bo z mojego gniazda na starej topoli zostało kilka patyków. Pomyśl sobie mój mały – ciągnął dalej – za parę dni wraca Pani Bocianowa, trzeba znowu wychować młode, a tu gniazda nie ma. Ja zaś jestem za bardzo zmęczony, żeby wyszukiwać na skraju lasu gałęzie i patyki. Po prostu kata-kata-kata-strofa – zaklekotał żałośnie.

– To może ja – rzekł nieśmiało Jeżyk – mógłbym panu pomóc. Jestem silny i potrafię wyszukać odpowiednie gałęzie. Będę je znosił na jedno miejsce, a pan będzie tylko przylatywał, zabierał je i układał w gnieździe.

– Naprawdę chcesz mi pomóc? – zapytał nieufnie Bocian – nie szkoda ci czasu, nie masz nic innego, ważniejszego do roboty?

– Chciałem tylko nazbierać pierwiosnków – powiedział Jeżyk – ale mogę to zrobić później, albo nawet jutro. Proszę mi tylko pokazać, jakie to mają być patyki, a przyniosę ich dużo. Tam w starym zagajniku leży mnóstwo suchych połamanych gałęzi.

– Dziękuję ci, dziękuję – powiedział zaskoczony Bocian – jeśli tak, to proszę bardzo, o takich jak ten patyk, przydałoby się kilkanaście, kilkanaście, a także i takich mniejszych jak te.

To mówiąc, pokazywał Jeżykowi, jakie gałęzie byłyby mu potrzebne do odbudowy zniszczonego gniazda. Umówili się, że Jeżyk będzie przynosił pęczki gałęzi i układał je przy wierzbie rosnącej nad strumykiem, a Bocian poleci już z nimi do gniazda.

Bardzo ciężko pracował Jeżyk. Szukanie odpowiednich gałęzi w gęstym starym zagajniku, gdzie rosły świerki i było dużo kolczastych krzaków malin nie było łatwe. Często kolce wbijały mu się w futerko, a odpowiednia gałąź nie dawała się wyciągnąć. To znowu ostre świerkowe igły kłuły Jeżyka po nosie, ale on nie ustawał w pracy. Sapiąc, ciągnął coraz to nowe gałęzie, i ile razy Bocian powracał ze swego gniazda z pustym dziobem, tyle razy kilka nowych gałązek już leżało pod starą wierzbą. Bocian był zdziwiony.

– No, no – powiedział – nie spodziewałem się, że tak potrafisz pracować. Ledwo nadążam poukładać patyki tak jak trzeba w gnieździe i wrócić tutaj, a już na mnie czeka nowa porcja. Zuch z ciebie. Mnie samemu zajęłoby to na pewno kilka dni, nie mówiąc już o tym, że nigdy nie potrafiłbym się dostać tam, do tego gęstego zagajnika, gdzie znajdujesz te znakomite gałęzie. Gniazdo będzie jak nowe. Pani Bocianowa go chyba nie pozna!

Pracowali tak do późnego popołudnia. Jeżyka bolały już podrapane łapki, kiedy wreszcie Pan Bocian, po kolejnym przylocie, zakomenderował:

– Dosyć, to chyba będzie ostatnia partia. Gniazdo odbudowane, więcej gałęzi nie będzie mi już potrzeba.

Jeżyk usiadł pod wierzbą i wyciągnął zmęczone nóżki. Zamierzał odpocząć chwilę i powrócić dzisiaj bez kwiatków do domu, kiedy Pan Bocian pojawił się znowu. Minę miał uroczystą i był wyraźnie wzruszony.

– Mój mały przyjacielu – powiedział – nie doceniłem cię, gdy proponowałeś mi pomoc. Myślałem, że ot tak sobie powiedziałeś, ale nie potrafisz wykonać tak dużej i ciężkiej pracy. A jednak potrafiłeś! Mam pomysł, czy ty kiedyś latałeś w powietrzu?

– Skądże – zdziwił się Jeżyk – przecież jeże nie potrafią latać. Latać umieją tylko ptaki, no i owady, motyle, muchy.

– Właśnie – powiedział Pan Bocian – będziesz, więc pierwszym latającym jeżem. Siadaj na mój grzbiet, tylko trzymaj się mocno, żebyś nie spadł. W powietrzu żartów nie ma.

Jeżyk przez maleńką chwilę zawahał się. Po prostu strach go obleciał. Ale nie było czasu do namysłu. Bocian nachylił grzbiet, Jeżykowi zrobiło się wstyd, że pomyśli, że on się boi, szybciutko wdrapał się na Pana Bociana i objął go mocno łapkami za szyję.

Bocian rozłożył szeroko skrzydła, przebiegł parę kroków po łące, zamachał skrzydłami i oto już znalazł się w powietrzu. Ziemia nagle oddaliła się od Jeżyka, zakołysała, znowu oddaliła, drzewa zmalały i już byli nad łąką. Bocian zatoczył koło i skierował się nad las. Jeżyk widział korony drzew i pnie podobne do cieniutkich brązowych patyczków. W dali zabłysło w słonku jeziorko, wokół którego wiodła droga do Dziadka Bobra. Jeszcze dalej widać było czarny, zwarty bór.

– Gdzie mieszkasz – zapytał Bocian – aha w starym dębie na dużej polance. Znam to miejsce, ale najpierw pokażę ci moją siedzibę.

Zawrócił ponownie nad łąkę i skierował lot w stronę pól, gdzie rozsiadła się niewielka wieś z białą dzwonnicą kościółka. Na skraju wsi stała uschnięta topola. Jeden konar ucięto od góry i na nim właśnie czerniło się duże bocianie gniazdo.

– Wygląda wspaniale – prawda? – Chwalił się, mijając je Bocian – a teraz zawracamy do twego domu.

To mówiąc, poleciał ponownie w kierunku lasu, oświetlonego teraz zachodzącym słońcem. Pnie drzew kładły długie cienie na trawie, ale na polance pod starym dębem było jeszcze jasno. Bocian obniżył lot, zatoczył koło i wylądował tuż przed drzewem, prawie przed samym nosem osłupiałej Wiewiórki, która przybiegła właśnie odwiedzić Jeżyka.

Bocian nawet na nią nie spojrzał, tylko powiedział bardzo uprzejmie:

– Dziękuję ci mój drogi, dziękuję za pomoc. Gdybyś jeszcze kiedyś chciał polatać, to przyjdź tylko na łąkę. Do widzenia.

– Co się stało! W czym ty mu pomagałeś? – dopytywała się zdumiona Wiewiórka, gdy już Bocian odleciał.

– Głupstwo – odparł Jeżyk – nie ma o czym mówić, ot taki drobiazg. Ale w duchu bardzo był zadowolony, że właśnie on, mały Jeżyk pomógł Panu Bocianowi odbudować zniszczone gniazdo.

All rights reserved © 2017 Akademia Górniczo-Hutnicza